Dzień bloga - niedziela, 31 sierpnia 2008 10:13:22 A więc dopadła mnie Gall, czego absolutnie się nie spodziewałam, aczkolwiek miło mi niezmiernie. Podobno istnieje coś takiego jak Międzynarodowy Dzień Bloga (co też ludzie nie wymyślą), obchodzony dzisiaj, czyli 31 sierpnia i z tej okazji poleca się czytelnikom 5 blogów. To chyba jedyna akceptowalna forma łańcuszka jaką znam, więc dałam się skusić. Zasady zabawy są następujące: 1. Napisz na swoim blogu specjalną notkę, w której opiszesz dlaczego zostałeś/łaś blogerem? Czy blogi zmieniły coś w Twoim życiu? Co daje Ci blog? Czy dzięki blogom przeżyłaś/łeś coś ciekawego? Czy dzięki bogowaniu poznałaś/łeś interesujących ludzi? 2. Opisz również 5 blogów, które uważasz za warte poznania przez innych. Opublikuj linki do nich na swoim blogu i w ten sposób wytypuj ich autorów do naszej zabawy. 3. Umieść w tej notce naszą specjalną grafikę 4. Pod notką opisz zasady zabawy. A więc historia z blogowaniem sięga hen, hen, kiedy to istniał tylko blog.pl, na którym wypadało mieć bloga. Szybko mi przeszło, gdy doszłam do wniosku, że jednak nie jestem typem ekshibicjonisty emocjonalnego. Parę lat później był okres kiedy doszłam do wniosku, że jednak potrzebuję wywnętrznienia i na onecie, w formie opowiadania się wyżyłam, a potem skasowałam. Aż w końcu poznałam Gall, która naciągła mnie na publikację losów panny Shadowblade. Za to będę jej zawsze wdzięczna, albowiem dzięki temu odkryłam jaką radość sprawiają komentarze i podpisuję się całą sobą pod jej tekstem iż, bez publiki tekst literacki nie istnieje. A co blogowanie zmieniło w moim życiu - dało wiele niesamowitej radochy i poznałam wielu wspaniałych ludzi. A oto blogi: 1. Industrial Diseases Bo to prawdopodobnie najlepszy kryminał w sieci, a Toś zdecydowanie ma prawdziwy talent. 2. Zmierzch ze względu na moją słabość do Sariela 3. Dotyk Anioła za wyjątkowe poczucie humoru i całkiem znośnego Harrego. 4. Kiedy mówisz dobranoc bo chce polecić choć jednego love-snejpa, a Żony już chyba nie mogę. 5. Poczochrane Oceny w ramach kółka wzajemnej adoracji ;) komentarze [4] Rozdział XIV - Ma bella - piątek, 29 lutego 2008 19:38:38 * Panna Shadowblade podobno była nieprzytomna od kilku dni. Poppy Pomfery stanowczo wrzucała wszystkich wizytatorów tuż po przekroczeniu progu skrzydła szpitalnego. Oczywiście od każdej reguły są wyjątki, a tym razem były to smutne, miodowe oczy Remusa. Pielęgniarka miała słabość do chłopaka, w efekcie Huncwoci byli jednymi osobami, którzy mogli stwierdzić, że Jo rzeczywiście nie ma się najlepiej. Oczywiście (i należy to podkreślić) nie wszyscy Huncwoci. W końcu Syriusz Black miał swoją dumę i nie planował nawet okiem rzucić na swojego wroga numer dwa. Co więcej utrzymywał, że stan nieprzytomności drobnej Gryfonki to najlepsze co go spotkało od momentu jej pojawienia się w Hogwarcie. Takie stanowisko napotkało na gruby mur niechęci Naczelnego Wilkołaka Hogwartu1, a Syriusz starał się udawać jak najlepiej, że pełne wyrzutu spojrzenie Lunatyka, absolutnie na niego nie działa. A ponieważ Łapa miał spore doświadczenie w udawaniu, przekonał już prawie samego siebie, że los blondynki zupełnie go nie obchodzi. Prawie, bo w końcu w jakim celu krążył przed drzwiami do skrzydła szpitalnego od dobrej pół godziny w pelerynie niewidce pożyczonej od Jamesa. Należy dodać, że pan Black jako przedstawiciel gatunku męskiego nie zaprzątał sobie głowy rozważaniami natury „dlaczego”, a już z całą pewnością nie podejrzewał siebie o coś takiego jak wyrzuty sumienia. Przecież to była JEJ wina. Tak więc Syriusz z całą pewnością nie wiedział co go zagnało na czwarte piętro, pomimo, że stan dziewczyny był równie niepewny jak elektronu w zasadzie nieoznaczoności Heisenberga i troska o nią nie byłaby nadto dziwna. W końcu niewidzialny Gryfon, w porywie bliżej nieokreślonym, szarpnął klamkę i wszedł do skrzydła szpitalnego. W nozdrza od progu uderzył go charakterystyczny szpitalny zapach - mieszanina różnych medykantów i swoistej sterylności. Kilka nielicznych lampek rozświetlało ciemną salę pełną białych łóżek. Syriusz jak już zdecydował się przekroczyć próg, to szedł pewnym krokiem jakby dokładnie wiedział gdzie zmierzać. Tylko jedno łóżko posiadało lokatora, co jak na tą porę roku było dość niespotykane. Przy metalowym, i a jakże białym, łóżku stało krzesło i stolik pełen przeróżnych mikstur, z których każda wyglądała jeszcze mniej zachęcająco niż poprzednia. Chłopak przysiadł na krześle jakby nie za bardzo pewien co tu robi. Z pod grubej kołdry wystawała tylko blada twarzyczka otoczona jasnymi włosami, które teraz, co dziwne, nie sterczały tylko opadały na poduszkę w mokrych strąkach. Dziewczyna kręciła się niespokojnie, widocznie coś jej się śniło i nie było to w żadnej mierze przyjemne. Syriusz poderwał się z krzesła nagle uzmysłowiwszy sobie idiotyczność sytuacji i postanowił stąd jak najszybciej czmychnąć. - Muszę uciekać! Uciekać! – cienki i dziwnie dziecinny głosik sprawił, że z powrotem opadł na krzesło. Panna Shadowblade walczyła z kołdrą w próbie faktycznej ucieczki przed niewidzialnymi wrogami. Łapa podniósł się by ją otulić, a wtedy dziewczyna chwyciła jego rękę. - Nieeee... – usłyszał znowu ten dziecięcy, drżący głos, a po jej twarzy płynęły łzy. Teraz już zupełnie nie wiedząc co robi, przysiadł na łóżku i zaczął głaskać ją po włosach, gdy ta kurczowo ściskała jego dłoń. - Cii... Jo, to tylko zły sen... * Musi uciekać. Musi. Nie wiedziała dlaczego, ale jej małe nóżki przebierały najszybciej jak tylko potrafiły. Była małą, kilkuletnią dziewczynką i jednocześnie gdzieś tam piętnastoletnią Jo, zagłuszoną przez przerażenie. Była zima, śnieg opadał olbrzymimi płatkami na zamarzniętą ziemie. Przystanęła zdyszana i oparła się o pień drzewa. Była w lesie, a może parku. Małe nóżki zapadały się w śniegu, po policzkach płynęły łzy strachu i zagubienia. Znowu ich usłyszała. Byli coraz bliżej. Musi uciekać. Musi! Oni chcą zrobić jej krzywdę. O nie psy!!! Słyszała coraz bliżej ich ujadanie. Potknęła się i zaczęła turlać. Muszę uciec! Muszę! Uderzyła o coś mocno całym ciałem. Głuchy trzask. Lodowata woda... - Nieeeeee.... A wtedy ktoś ją chwycił i trzymał w ciepłych ramionach. Nie była sama. Nagle ocknęła się i rozejrzała nieprzytomnym wzrokiem. Gdzie jestem? W końcu zrozumiała - Hogwart. Skrzydło szpitalne. Znowu ten sam koszmar. Śnił się jej od tego nieszczęsnego w skutkach spaceru nad jeziorem. Dlaczego?! Opadła bezwładnie na poduszki. Ostatnie, co pamiętała to Poppy mówiącą, że jest chora, a zaraz potem picie jakieś obrzydliwej mikstury. Odetchnęła głęboko. Znowu wróciła myślami do snu. Czemu ciągle jej się śnił?! Przed kim uciekała ta mała dziewczynka? I kim była?! Czyżby to była ona?! To coś z jej przeszłości?! Tym razem skończył się inaczej. Ktoś ją złapał i trzymał mocno w ciepłych ramionach. Przez chwilę miała nieodparte wrażenie czyjeś obecności. Nikogo jednak nie było. Przymknęła oczy zmęczona. Prawie odpływała znowu w sen, gdy coś usłyszała. Wlepiła wzrok w drzwi. Czy jej się wydawało, czy one się zamknęły?! Oparła się na łokciach, sala wyglądała na zupełnie pustą. Przez chwilę wpatrywała się czujnym wzrokiem w przestrzeń, aż złapał ją atak kaszlu. Wtedy dopiero poczuła jak bardzo ją wszystko boli. - Moje dziecko już idę! – Z daleka usłyszała głos pielęgniarki i wzdrygnęła się na samą myśl o kolejnych miksturach. Prawie zapadała w sen, gdy wśród wielu splątanych myśli jedna rozbłysła jasno – znała już te ramiona, ktoś ją tak już przytulał. Kto?! * Co raczej dość oczywiste stan zdrowia panny Shadowblade faktycznie martwił zaledwie parę osób. Niemniej jednak z wszystkich mieszkańców Hogwartów nikt nigdy by nie przypuszczał, że do tych kilku osób zaliczy się najbardziej znienawidzony ze Ślizgonów. Co więcej nawet sam zainteresowany prawdopodobnie nigdy nie podejrzewał się o podobne odczucia. W końcu podobne idiotyzmy jak emocje zostawiał innym. Z wielu zalet jakie wiązało się z posiadaniem własnej pracowni, niewątpliwie Severus najbardziej doceniał połączenie ze składzikiem. Jednakże buszowanie wśród zapasów szkolnych mogłoby się wiązać z pewnymi niebezpieczeństwami, oczywiście dla kogoś choć odrobinę mniej zapobiegliwego od Samozwańczego Mistrza Eliksirów. Tak więc Severus poświęcił odrobinę czasu na przestudiowanie takich zaklęć, które umożliwiały mu słyszenie profesor McNell, gdy ta tylko wchodziła do pracowni. A ponieważ Ropucha miała zwyczaj mamrotania do siebie, Ślizgon poznał wiele jej niewygodnych sekretów, które skrzętnie zapamiętywał, gdyby miała się zdarzyć konieczność ich użycia. A dzisiejsze mamrotanie Ropuchy nie wróżyło dobrze zdrowiu panny Shadowblade i przyszłości JEGO pracowni. Najwyżej trafi do Świętego Munga. Paranoiczny umysł Severa szybko podsunął mu jeszcze jedną myśl – A jak nie zdążą? Severus Snape zacisnął szczękę w firmowych odruchu tłumionej wściekłości, a potem być może uznał, że nadzwyczajne okoliczności wymagają nadzwyczajnych środków albowiem udał się do biblioteki i powrócił z paroma bardzo grubymi tomiszczami. Następnie Naczelny Nietoperz Hogwartu wziął się za warzenie, urozmaicając sobie tą czynność monologiem przekleństw i złorzeczeń w kierunku Gryfonki, jak i całego świata. * Znowu śniła ten sam sen. Znowu lód się załamał, a ona czuła przenikliwy chłód wody zamykającej się nad nią. Tym razem jednak nie było żadnej pomocnej ręki. Powietrze zaczynało kończyć się w jej płucach, panika ściskała za gardło... było coraz zimniej i ciemniej... dusiła się... Poderwała się gwałtownie i chciała krzyknąć, ale czyjaś dłoń zacisnęła jej się na twarzy. Oddychała spazmatycznie wpatrując się z niedowierzaniem w czarne oczy. Śnię dalej? - Zaraz mnie obślinisz – warknął i upewniwszy się, że nie zacznie krzyczeć ściągnął dłoń z jej twarzy i wytarł z grymasem obrzydzenia o szkolną szatę. - Co ty tu robisz? – wyszeptała. - Pilnuję żebyś nie umarła – mruknął. Wiadomość ta dziwnie rozweseliła blondynkę, która z trudem powstrzymała się by nie buchnąć śmiechem. Przez dłuższa chwilę wpatrywała się ponure oblicze Ślizgona nim dotarło do niej, że to nie ma halucynacji, a on rzeczywiście tu jest. Choć jego wizyta wydawała się jej mniej prawdopodobna niż gdyby odwiedziła ją sama profesor McNell. - Skończyłaś to wgapianie?! – warknął po raz kolejny i z jakąś bliżej nieokreśloną dozą zawstydzenia wyjął z pod szaty fiolkę. – Masz! Dziewczyna wzięła do rąk fiolkę ze smoliście czarną cieczą i spojrzała na nią niepewnie. - Co to jest?! - Lekarstwo – Spojrzała na niego niedowierzająco. - Chcesz mnie otruć? - Wręcz marzę o tym, ale łatwiej byłoby cię zostawić w lochach niż tak się kłopotać – jego głos ociekał jak zwykle sarkazmem i Jo mimo stałej niepewności co do stanu swoich zmysłów, coraz bardziej była gotowa uwierzyć, że to jednak Severus ją odwiedził. - Ty mnie tu sprowadziłeś? – spojrzała na niego zdumiona, a po minie Ślizgona zorientowała się, że powiedział więcej niż zamierzał. - Chwilowo nie jesteś mi potrzebna martwa – mruknął , jakby nagle zakłopotany. Czyli jestem ci potrzebna żywa! Ale dlaczego?! – Jo zdołała już na tyle poznać Ślizgona by wiedzieć, że rozumuje on zawsze kategoriami zysku i strat. Dziewczyna ciągle wpatrywała się podejrzliwie w fiolkę jakby nie wiedziała czy zawierzyć logice, czy może jednak niepewności co do jej zawartości. - No cóż zdaję się, że jesteś jeszcze większą idiotką niż na taką wyglądasz – wymamrotał i sięgnął po fiolkę. Niespodziewanie do Jo dotarło, że chyba leży już sporo czasu w szpitalu, a nie czuła poprawy. Raz kozie śmierć! - pomyślała i odkorkowała buteleczkę zanim dosięgnął jej Ślizgon. Smakowało tak jak wyglądało – jak płynna smoła. Jo w olbrzymim wysiłkiem przełknęła obrzydlistwo. - I przestań pić to świństwo, którym cię tutaj tak poją – mruknął wychodząc. Dopiero, gdy Severus wyszedł zaczęła się zastanawiać dlaczego właściwie wypiła jego miksturę, aż w końcu doszła do wniosku, że to poprzez wyraźną niechęć z jaką on jej spieszył z pomocą. * Panna Shadowblade obudziła się po kilku godzinach i przez chwilę rozglądała się wokół nieprzytomnym wzrokiem, nim napłynęły wspomnienia. Ciemność rozświetlały tylko pomarańczowe poświaty kilku zapalonych lampek. W ich świetle majaczyły blado rzędy białych łóżek, parawany, stoliki i gabloty z medykantami. Wszystko chłodno i bezosobowo białe. Jo uznała, że nie lubi tego koloru. Usiadła na łóżku i odetchnęła głęboko kilka razy na próbę. Ze zdumieniem odkryła, że czuje się wyjątkowo dobrze. Spuściła stopy na podłogę. Była lodowato zimna. Wzdrygnęła się i zaczęła rozglądać za papciami. W końcu gdy udało się znaleźć chwilowy przedmiot pożądania i gdy już wsunęła je na stopy, spróbowała wstać. Pozycja pionowa spowodowała natychmiastowe zawroty głowy. Dziewczyna uparcie jednak uchwyciła się żelaznego oparcia łóżka. Po chwili świat wrócił na swoje miejsce, a Jo bardzo wytrwale, mimo drżących nóg, pospacerowała do okna. Opadła na szeroki parapet opatulając się mocno cienką, białą (a jakże!) koszulą nocną. Przez olbrzymie, wykuszowe okna było widać błonie zasypane śniegiem. Na niebie tłoczyły się chmury, które wiatr przeganiał co jakiś czas odsłaniając skrawek zbliżającego się do pełni księżyca. Było jasno. Góry majaczały w oddali jak strażnicy niedostępnej dla zwykłych ludzi doliny. Drzewa się uginały pod olbrzymimi kapami śnieżnego puchu. Wiatr szarpał gałęziami i osypywał nadmiar śniegu, hulał między pniami, i świszczał gdzieś w zamkowych murach, potęgując wrażenie zimna. Dziewczyna oparła czoło o lodowatą szybę i westchnęła ciężko. Niespodziewanie poczuła się bardzo samotna. Znowu wszystkie problemy i tajemnice spadły jej na głowę i przytłoczyły. A teraz doszedł do tego jeszcze ten ciągle i uparcie powtarzający się koszmar. No i była chora. I w szpitalu. I nawet nie wiedziała jak długo. Znowu westchnęła ciężko. W końcu zrobiła to, do czego posuwała się za każdym razem budząc się kolejny raz z koszmaru – przywołała z pamięci te ciepłe ramiona, które raz ją uratowały. Marzyła, że się w nie wtula i w końcu czuje bezpieczna i spokojna, a wszystkie problemy choć na chwilę tracą znaczenie. Na białym śniegu nagle zamajaczył czary kształt. Jo po chwili wpatrywania się rozpoznała w nim tego olbrzymiego psa, którego spotykała czasami na błoniach. Tęsknota ukuła ją znowu z niewyobrażalną siłą. Tak bardzo chciałaby się w końcu stąd wydostać. Miała dość tej sterylnej bieli, dość metalowego łóżka, troskliwości Poppy i obrzydliwych mikstur. Z ostatnich dni(?!) prawie nic nie pamiętała. Jeden ciąg mikstur, koszmarów, kaszlu, bólu. I Sever?! Dlaczego jej pomógł. Znowu widziała te jego czarne oczy w których widniał niepokój. Co go niepokoiło?! Przecież chyba nie ona. Blada twarz, usta zbyt zmysłowe jak na kogoś tak surowego i zimnego, i te czarne włosy zawsze przetłuszczone, opadające w strąkach po ostrą brodę. Chudy, wręcz patykowaty i niezręczny, przez nikogo nie lubiany, a co zdumiewające zupełnie go to nie obchodziło. Pokręciła głową w jak zwykle nieudanej próbie zrozumienia Naczelnego Nietoperza Hogwartu, po czym ze zdumieniem odkryła, że w czasie tych rozmyślań zdążyła się przemieścić z parapetu z powrotem do łóżka, i teraz zupełnie bezwiednie pochłaniała czekoladki, jakie ktoś najwidoczniej jej tu przyniósł. Toffi... Przez chwilę wszystkie problemy przestały się liczyć, a świat panny Shadowblade skurczył się do słodkości toffi i czekolady. * Jo przebywała od tygodnia w skrzydle szpitalnym. Od tego też czasu stosunki między Huncwotami był dość napięte, jeśli można to tak określić. Syriusz był obrażony na Jamesa za przerwanie mu pojedynku ze Snapem (oczywiście tego słynnego pojedynku pod skrzydłem szpitalnym, w którym prawie zwyciężył), James z kolei nie rozumiał jak Łapa nie może rozumieć i wspierać go w staraniu się o względy Lily. Przy czym Poczochraniec był głęboko przekonany, że fakt jego pomocy w rozbrojeniu dwójki wrogów sprawił, iż rudowłosa patrzy na niego łaskawiej, co Syriusz brutalnie wykpiwał. Oczywiście Rogacz nie wierzył w ani jedno „zakłamane słowo tego...” - lista obelg była dość długa. Remus próbował pogodzić przyjaciół, ze skutkiem mizernym, bo w końcu obaj byli uparci jak przysłowiowe osły. Peter w obliczu konfliktu znalazł się w niekomfortowej sytuacji, czyli między młotem a kowadłem, stąd też by nie zajmować żadnego stanowiska starał się nie rzucać w oczy dwójce przyjaciół. Tak więc, gdy panna Shadowblade zaczęła dochodzić do siebie, a Poppy Pomfrey zezwoliła w końcu na odwiedziny to okazało się, że nikt z Lunatykiem nie chce iść. A Remi jak to Remi czuł na karku dech poczucia obowiązku, mimo, że samemu ciężko mu było wykrzesać odpowiednią ilość odwagi cywilnej do zetknięcia z dziewczyną sam na sam, po wydarzeniach przedświątecznych i razem spędzonej nocy. W końcu jednak sumienie widać nie dało chłopakowi spokoju, bo dzielnie (i niepewnie) maszerował w kierunku skrzydła szpitalnego. Remus był prawdopodobnie jedynym uczniem Hogwartu, który przebywał w nim regularnie i nienawidził serdecznie. Przekroczenie progu sali zawsze wywoływało u niego skurcze żołądka, przyśpieszone bicie serca i nagły atak paniki. Z zaskoczeniem odnotował, że drzwi są już przed nim. Wstrzymał oddech i nacisnął klamkę. Jego nozdrza jak zawsze zaatakował ten specyficzny szpitalny zapach, wzdrygnął się już odruchowo. Przystanął na progu jakby łapiąc siły do wejścia dalej. Otoczenie łóżka Jo trochę się zmieniło od ostatniego jego pobytu tutaj. Na stoliku stał jakiś dziwaczny kwiatek, prezent od Mirabel jak się domyślał, oraz leżał gruby stos książek. Przy czym im bliżej podchodził tym bardziej przekonywał się, że nie wyglądają one na pomoce naukowe. Dziewczyna spała. W zasadzie się ucieszył. Szybko doszedł do wniosku, że położy czekoladki na stoliku i może wracać. Jednak w momencie, gdy układał je na książkach otworzyła oczy. - Cześć! – mruknęła przeciągając się, a jej szaro-niebieskie oczy rozbłysły zaskoczeniem i radością. - Cześć! – odpowiedział czerwieniąc się natychmiastowo – Prezent od Mirabel? – spytał wskazując kwiatek. - Aha – odparła, zerkając niepewnie na długi sterczący badyl. - Boisz się, że gryzie? - Boje się, że gryzienie to może być pikuś. Powiedziała, że to pierwszy jaki udało się jej wyhodować. Podobno kwiaty niesamowicie pachną. - Oj... to rzeczywiście masz powód do obaw. Cóż niezaprzeczalnym było, że roślinne prezenty Mirabel zawsze obdarowanym sprawiały niewypowiedzianie dużo kłopotu, przy czym pożarcie firanek było zdecydowanie najmniejszym. - A książki? - Od Sary, naznosiła mi jakiś romansideł, a mi tak brakuje „Tajemnic eliksirów”. Poppy konfiskuje wszystko co wygląda jak podręcznik – westchnęła przeciągle. Remus uśmiechnął się współczująco. - Jak się czujesz? - Lepiej. Przez chwilę patrzyli się na siebie, po czym każde odwróciło wzrok niespodziewanie skrępowane. I zapadła cisza. Remus uparcie wpatrywał się w kwiatek, a Jo poprawiała z namaszczeniem kołdrę i poduszki jakby była to sprawa życia i śmierci. Zerkała na niego ukradkiem. Włosy mu urosły, sięgały za kark i zaczynały falować. A jego blada twarz cała była upskrzona piegami, na co nigdy wcześniej nie zwróciła uwagi. Miętoląc namiętnie pościel postanowiła poruszyć drażliwy temat, nabrała powietrza... i zaczęła kaszleć jak astmatyk. - Jo! – chłopak się poderwał, wyraźnie zaniepokojony. - Już dobrze – wychrypiała starając się powoli oddychać, by zmniejszyć drapanie w gardle. Miodowe oczy pełne były troski. – Remi? – zaczęła i urwała jakby nie wiedząc co chce właściwie powiedzieć. - Hm...?! - Co tam u reszty Huncwotów? – tchórzliwie podjęła pierwszy z brzegu temat. - Syriusz z Jamesem się gryzą, a Peter jak zawsze pożera co popadnie – podsumował. - A dlaczego? – spytała, a Remus skwapliwie odpowiadał. W końcu jednak cisza znowu między nimi zagościła. Po paru wyjątkowo krępujących minut, Remus zaczął się podnosić. - Remi zaczekaj! – opadł na krzesło – Chodzi mi o to... – podjęła spuszczając wzrok i miętoląc kołdrę – o tą noc przed świętami – wybuchnęła w końcu, na co chłopak od razu pokrył się rumieńcem zakłopotania – Ja przepraszam! Nie powinnam była tyle pić i nic z tego nie powinno mieć miejsca – wykrztusiła w końcu. - Jo, Jo... nic się nie stało... - Nie chciałam cię postawić w niekomfortowej sytuacji przez moje impulsywne zachowanie. Ja wcale nie rzucam się na wszystkich chłopaków. I w ogóle nie chciałabym żebyś sobie coś o mnie pomyślał – paplała jak najęta nie zwracając uwagi, że chłopak też zaczął coś mówić. – Ja bym chciała żeby wszystko było między nami po staremu. Żebyśmy ciągle byli przyjaciółmi – westchnęła. W głowie chłopaka rozpętała się burza myśli, bo próbując nadążyć za tokiem rozumowania dziewczyny dawno się pogubił. W końcu dotarło do niego ostatnie zdanie. - Ale przecież jesteśmy przyjaciółmi! Patrząc na przemykające przez twarz chłopaka uczucia i krańcowe niezrozumienie, Jo zaczęła rozumieć, że chyba zrobiła z siebie idiotkę (nie pierwszy, i z całą pewnością nie ostatni raz). Wszelakie dalsze dyskusje uciął tak obrzydliwy zapach, że po prostu zwalał z nóg. Oboje zaczęli się krztusić. Jo kątem oka, nim wyleciała z łóżka, zauważyła, że badyl zaczął się od góry rozchylać jakby rozkwitał. Zapach gnijącego mięsa przy tym odorze wydawał się być wyjątkowo przyjemnymi perfumami. - Na Godryka! Co tutaj tak śmierdzi?! – Do sali weszła Poppy. Tak więc likwidacja kwiatka stała się w tej chwili priorytetem. A rozmowa z Remusem odeszła w niepamięć. Dziewczyna ciągle miała odczucie, że nie wyjaśnili sobie wszystkiego, z drugiej strony nie była jednak pewna czy chłopak w ogóle uważa, że jest cokolwiek do wyjaśniania. * Jo w końcu wyszła ze szpitala, ku własnej niewysłowionej radości. Stała właśnie w łazience w dormitorium i wpatrywała się w swoją bladą twarz w lustrze. Każdej dorastającej dziewczynie zdarzają się takie momenty, że patrząc na własne odbicie ma wrażenie, iż jakaś zła wróżka zamieniła w ją orka czy inne okropne stworzenie. Jo nie była wyjątkiem, a dzisiaj miała wrażenie, że zaklęcie uderzyło ją z tysiąckrotną siła. Cóż choroba nie była specjalnie łaskawa dla drobnej blondynki. Zawsze szczupła wydawała się teraz upiornie wręcz chuda. Włosy w cienkich strąkach opadały wokół twarzy, o cerze trupio bladej, i sinych cieniach pod oczami. Topielica! Wyglądam jak jakaś cholerna topielica! – lamentowała w myślach. Dziewczyna zdecydowanie miała raczej słabą chęć do pokazania się gawiedzi szkolnej w takim stanie. Jednak czy miała jakiekolwiek wyjście?! Westchnęła ciężko wracając do pokoju i wciągając na siebie ciuchy. Oczywiście dormitorium było już dawno puste, a Jo jak to Jo była jak zawsze spóźniona na śniadanie. Podczas przegrzebywania się wśród stałego bałaganu wokół własnego łóżka w poszukiwaniu skarpetek jej wzrok przykuły książki, które Sara przyniosła jej na osłodzenie pobytu w skrzydle szpitalnym. Dziewczyna je przeczytała, co więcej spodobały jej się, choć prawdopodobnie nigdy w życiu by się do tego głośno nie przyznała. Losy pięknej, złotowłosej Katarzyny były na tyle obfite w przygody i zabawne, że wbrew pozorom nie działały jako środek nasenny. I tak wpatrując się w okładkę przedstawiającą wybitną piękność, z długimi złotymi lokami i powabnymi czerwonymi ustami, w sukni tyleż zakrywającej co ukazującej, w głowie Jo zaczął świtać nawet jak na nią dość wariacki pomysł. A gdyby tak choć przez jeden dzień wyglądać tak jak Katarzyna? Piękna, zniewalająca i kobieca?! Myśl była niezwykle kusząca. Tak... w głębi duszy czasami nawet panna Shadowblade tęskniła odrobinę do zachwytów jakie wzbudza piękna kobieta. Niestety lub stety Jo była typowym Gryfonem kąpanym w gorącym wodzie, który najpierw robi, a dopiero potem myśli. Chęć poprawienia swojego chwilowo wyjątkowo marnego wyglądu w połączeniu z niegasnącym entuzjazmem do eliksirów mogło dać tylko jedno rozwiązanie – pośpieszny spacer do lochów. * Jo jeszcze przed świętami wygrzebała w bibliotece niezwykle obiecującą książkę „Piękna przez wieki”, wolumin był niezwykle stary i połowa kartek ledwo trzymała się w okładce, a ile brakowało nie sposób stwierdzić. Dziewczyna uznała, że czytanie o sposobach średniowiecznych i renesansowych czarownic na urodę może być całkiem ciekawe. A jeśli dodać do tego, że jej babka w końcu w celach zarobkowych zajmowała się różnymi specyfikami na urodę, to połączenie wiedzy czarodziejskiej i mugolskiej powinno dać interesujące efekty. Tak więc Gryfonka zapomniała zupełnie o śniadaniu i pogrążyła się w lekturze, a później mieszaniu, podgrzewaniu, czyli jednym słowem sporządzaniu mikstury doskonałej. Pochłonięta całkowicie nawet nie usłyszała skrzypienia drzwi oświadczającego, że ktoś wszedł do lochu. - Shadowblade!!! Co tu tak śmierdzi?! – drgnęła i mało nie rozbiła kolbki na nagły hałas. - Sever?! Jak miło cię widzieć – mruknęła, próbując uspokoić walące serce po nagłym wyrwaniu z transu warzenia eliksiru. - Nie mogę powiedzieć tego samego o tobie – warknął. - Ale wiesz, że jestem ci wdzięczna i jeszcze raz dziękuję – podjęła, na co odpowiedziało jej lodowate spojrzenie chłopaka, a temperatura w lochu zdawała się spaść o kilka stopni. No, tak przypominanie Severusowi o „tym” czynie zdecydowanie nie było rozsądne. - Shadowblade wyglądasz jak topielica – skwitował chłopak, zanim zdążyła wymyślić cokolwiek na rozładowanie sytuacji. - Wiedziałam, że na twoją subtelność zawsze mogę liczyć. Ślizgon popatrzył na nią z politowaniem i nie wysilił się na odpowiedź. Po jakieś godzinie, gdy natężenie zapachów z warzenie mikstur przez obydwoje osiągnęło wartości uśmiercające przeciętnego śmiertelnika, Severus niespodziewanie przerwał ciszę. - Czy ty nie powinnaś być na zajęciach? - Co?! – z wyrazem oszołomienia na twarzy dziewczyna uniosła głowę znad swojego zajęcia. - Z a j ę c i a ch?! – przeliterował. W dziewczynę jakby piorun trzasnął, poderwała się, pobiegła do drzwi i wyhamowała tuż przed nimi. - Sever ty draniu jest sobota! – wykrzyknęła odwracając się na pięcie, cała zaczerwieniona z przejęcia. Przez chwilę na obliczu Ślizgona migotało rozbawienie, które szybko jednak przykryła zwyczajowa drwina. - Ta gryfońska popędliwość... Dziewczyna wróciła do swojego kociołka tknięta nagłą myślą, że Sever ma dobry humor, co jakoś nigdy nie wróżyło niczego dobrego. Jednak jej mikstura w tej chwili wydawała jej się o wiele ciekawsza niż tłustowłosy Ślizgon, stąd szybko porzuciła ten temat. Upłynęła kolejna godzina, a może dwie. - Ha! – Ponury loch rozbrzmiał okrzykiem radości. Panna Shadowblade przelała purpurową ciecz do kolbki i rozjaśniała otoczenie promiennym uśmiechem. Severus uniósł wzrok znad swojego kociołka i spojrzał na blondynkę. - Planujesz to wypić? - Oczywiście – mruknęła dziewczyna, po czym po prostu przełknęła zawartość kolbki. Ślizgon najpierw wpatrywał się w nią ze zdumieniem, a potem ryknął śmiechem. - Co cię tak bawi?! - Ach.. nic – mruknął – Głupota Gryfonów zawsze mnie zadziwia... - Spojrzała na niego nic nierozumiejącym wzrokiem – żeby testować eliksiry na sobie... - A ty na kim testujesz?! Wredny uśmiech wykrzywił twarz Naczelnego Nietoperza Hogwartu, ale pytanie oczywiście pozostało bez odpowiedzi. Eliksir pachniał kwiatami, w smaku przypominał likier wiśniowy, ale na tym chyba kończyły się jego zalety, bo działania nie wykazywał żadnego jak zauważyła z niechęcią Jo, zerkając na siebie w jednej ze szkolnych łazienek. Zrezygnowana odrobinę poczłapała na obiad. * Początkowe niepowodzenia nigdy jednak nie zrażały drobnej blondynki. Była przekonana, że w końcu uda się jej wynaleźć eliksir piękności. Metoda prób i błędów do tej pory pozwoliła jej się cieszyć, fioletowymi włosami, zieloną wysypką i paroma innymi „drobiazgami” o których zdecydowanie nikt nigdy nie powinien się dowiedzieć. Kolejny wieczór i kolejna kolbka. Severus otwarcie kpił z jej nieudaczności, choć nie wiedział nad czym dokładnie pracuje. Po dwóch tygodniach Jo uznała, że jeśli tym razem nic jej z tego nie wyjdzie, to da sobie spokój. W końcu miała tyle ważniejszej nauki, a ona poświęcała tyle swojego wolnego czasu na jakiś durny eliksir piękności. Tym razem był słonecznie żółty i smakował melonami. Wracając do dormitorum Gryfonów spotkała na korytarzu Syriusza – chłopak tylko spojrzał na nią zimno i przeszedł całkowicie ignorując jej obecność. W zasadzie odkąd wyszła ze szpitala traktował ją jak powietrze. Za każdym razem jak ją widział odwracał wzrok, a jeśli przypadkowo znaleźli się razem w większym towarzystwie z wyrafinowaną obojętnością udawał, że nie istnieje. Jego zachowanie zaczynało ją coraz bardziej irytować, widziała jednak, że sama jest sobie winna. Poszła spać z głębokim postanowieniem porozmawiania z nim. * Panna Shadowblade była śpiochem. Za głębokie przestępstwo uważała lekcje rozpoczynające się przed godziną dwunastą w południe. Niestety szkolne zajęcia były układane przez wyjątkowego sadystę, nie pozwalające gryfońskiej blondynce wyspać się do woli. Oczywiście oba te aspekty występowały w stałym konflikcie, w efekcie Jo notorycznie spóźniała się na śniadania, a bardzo często na zajęcia. Dzień dzisiejszy nie był wyjątkiem od reguły, z tym, że wskazówki zegara nie pozwalały nawet na wbiegnięcie do łazienki i ochlapanie się wodą. Jo pędziła korytarzami jak szalona, dopiero tuż przed drzwiami do klasy wyhamowała gwałtownie i zaczęła uspokajać charczący oddech. Otworzyła drzwi i próbowała się po cichu przekraść do swojej ławki. - Shadowblade Jennifer? - Jest! – odkrzyknęła głośno i odetchnęła z ulgą. Niewątpliwie średnia świadomość świata zewnętrznego przez profesora Thina miała swoje zalety. Po jakieś półgodzinie sennego wpatrywania się w stronę sto pięćdziesiątą siódmą „Obrony Przed Czarną Magią dla przygotowujących się do OWTM” zaczęło do niej docierać, że coś jest nie tak. Była przyzwyczajona do tego, że ludzie z różnych dziwnych powodów się w nią wgapiają, zresztą z reguły sama powodowała te „powody” (oczywiście nieodmiennie nieświadomie). Tym razem intensywność spojrzeń zdawała się nie tylko przewiercać jej czaszkę, ale wręcz podpalać szatę szkolną. Badawczo obrzuciła się wzrokiem, ale wszystko wydawało się być w porządku. Może ktoś jej coś do pleców przyczepił?! Sięgnęła ręką i rzeczywiście napotkała coś niespodziewanego. Zamarła ze zdziwienia, chwyciła ręką to „coś” i przyciągnęła do twarzy. W dłoni spoczywał jej bardzo długi, złoty, falujący pukiel. Co się stało z moimi włosami?! Opóźniony proces dedukcji powrócił do wczorajszego eliksiru. Czyżby poskutkował jakoś? Przeczesała ręką włosy. Były długie i kręcone. Z niedowierzaniem uśmiechnęła się do siebie. Zerknęła kilka ławek za siebie, na Huncwotów – Peter miał jakiś dziwaczny wyraz twarzy jak na niego spojrzała, Remus pod wpływem jej uśmiechu oblał się purpurą i tylko James błądził rozmarzonym wzrokiem za Evans. Syriusza nie było, co w zasadzie nie było specjalnie dziwne, uważał lekcje profesora Thin’a za kpinę i starannie ich unikał. Omiotła jeszcze wzrokiem sale. Wszyscy chłopcy na których spojrzała jakoś dziwnie reagowali, natomiast w oczach dziewczyn zauważyła większa niż zwykle wrogość. I to wszystko z powodu włosów?! Lekcja zrobiła się jeszcze dziwniejsza, gdy nagle Jo odkryła, że profesor Thin też patrzy na nią jakimś rozmarzonym wzrokiem. I przestał mówić! Co prawda mało kto zwracał uwagę na to co mówi nauczyciel, ale zawsze coś mówił. Nagła cisza zdawała się wręcz brzęczeć w uszach. W końcu Jo nie wytrzymała. Wstała gwałtownie porywając swoją torbę i książkę. - Muszę do ubikacji! – wykrzyknęła i wybiegła z sali. Musi szybko znaleźć lustro i zobaczyć co ten eliksir jej właściwie zrobił! * Jo stała i gapiła się z otwartymi ustami we własne odbicie. Teoretycznie to była ona, ale praktycznie miała wrażenie, że patrzy na zupełnie obcą osobę. Trupio blada cera była teraz jasna i świetlista, cienie pod oczami w tajemniczy sposób znikły, a policzki zdobiły delikatne rumieńce. Rzęsy były niewiarygodnie długi i wywinięte zalotnie, a usta bardziej pełne i czerwone. Uśmiechnęła się na próbę. Dołeczki?! Robią mi się dołeczki w policzkach?! Niebieskie oczy lśniły jak gwiazdy (zawsze uważała to za idiotyczne określenie, ale tym razem dziwnie pasowało). Największym jednak atutem jej nowego „ja” były włosy – gęsta, złota kotara sięgała pośladków. Wiły się i lśniły jak złoto. Jeszcze przez chwilę wgapiała się w siebie jakby podziwiając kogoś zupełnie obcego, po czym zaczęła histerycznie wręcz chichotać. To było tak dziwaczne, że aż nierealne. Ciekawe jak długo będzie tak wyglądać?! Przeczesała ręką jedwabiste loki, wydęła usta, zatrzepotała rzęsami i znowu zaczęła chichotać. O tak! Dzień zapowiadał się na wyjątkowo udany. Planowała wykorzystać swój nowy imidż na tyle ile dało. * Jak ogólnie wiadomo wszystko co dobre szybko się kończy. A panna Shadowblade przekonała się o tym jakieś pięć minut po opuszczeniu łazienki, gdy korytarze tłumnie zaludniły się uczniami wychodzącymi z sal wykładowych. Jej wygląd zdawał się budzić skrajne emocje u obu płci. Dziewczyny nie szczędziły jej obelg i złośliwości, natomiast chłopcy... I tu się właśnie pojawiał problem, bo zdawało się iż jej wygląd wywołuje w nich jakieś głęboko ukryte, prymitywne instynkty. Zaczęło się od uśmiechów i zaczepek słownych, po czym akcja zaczęła pędzić jak dramacie klasy B. Zaczęli ją zaczepiać, każdy chciał jej dotknąć, w końcu wybuchły bójki, a ona sama musiała ratować się ucieczką (i salwami starannie dobranych zaklęć). Akcja szybko z dramatu zmieniła się w horror, a ona sama czuła się jakby była kiepską aktorką gonioną przez stado rozszalałych zombi/wampirów/różowych króliczków2.. Potknęła się (a jakże by inaczej) i wpadła na kogoś. - Jak łazisz! – warknął jakże znajomy, a w tej chwili wręcz ukochany głos. - Sever! – wykrzyknęła chwytając się go i dysząc jak wół pociągowy. Chłopak przez chwilę przyglądał się jej nic nierozumiejącym wzrokiem. - Shadowblade? – niekłamane zaskoczenie malowało się na jego twarzy. Ślizgon był oszołomiony. Co nigdy mu się nie zdarzało. Całe otoczenie zrobiło się jakby mgliste, a wszystkie jego zmysły skupiły się na cieple płynącym z małej dłoni trzymającej jego ramię. Niespodziewane pragnienie dotknięcia jedwabistych loków dziewczyny stojącej przed nim stało się wręcz niemożliwe do wytrzymania... Jo z przerażenie obserwowała jak zawsze zimne i mroczne oczy Severa zaczynają na nią spoglądać z tym dziwacznym rozmarzeniem. Tylko nie to! Bez zastanowienia spoliczkowała go... prawie... złapał jej rękę. Nigdy nie spodziewała się takiej szybkości po chudym, tłustowłosym Nietoperzu. - Ma bella – wyszeptał i dotknął ustami jej dłoni. Drgnęła na dotyk jego chłodnych ust, wyszarpała rękę i zaczęła uciekać. Oj było źle! Nawet bardzo źle. Co ten cholerny eliksir powodował, że faceci uganiali się za nią jak koty za kotką w rui?! I kiedy przestanie działać?! Kilka tajnych, huncwockich przejść dalej w końcu trafiła na zupełnie pusty korytarz gdzie mogła spokojnie odetchnąć. Sever miał racje z tym testowaniem eliksirów. Westchnęła głośno. Cóż musi znaleźć jakieś miłe, ustronne miejsce i przeczekać. Tylko skąd będzie wiedzieć, że to już nie działa?! * Syriusz pędził jednym z pustych korytarzy, gdy coś przykuło jego wzrok. A właściwie ktoś. Kawałek przed nim lekkim, kołyszącym krokiem szła dziewczyna. Miała czarne spodnie i błękitny sweter, a długie, złote loki sięgały za pośladki. Emanowała jakąś zmysłowością, czymś, co przyciągało go równie mocno jak światło ćmę. Poszedł więc pozornie nonszalanckim krokiem, chcąc zagaić rozmowę. Dotknął jej ramienia, a dziewczyna błyskawicznie się odwróciła trzymając wyciągniętą różdżkę. - Cześć ślicznotko! – podjął, po czym zamarł w totalnym szoku. To była Jo, a jednak nie była Jo. Dziewczyna opuściła różdżkę, a on jakby odzyskał rezon – Popadłaś w manie prześladowczą – zakpił, ciągle jeszcze zbyt oszołomiony by zareagować standardowo jak w jej obecności ostatnimi czasy. - Nie twój interes – warknęła odruchowo. - Masz rację – podjął zimno, jakby przytomniejąc i szybko ruszając przed siebie. Odchodzi? Z zaskoczenie przystanęła, po czym wróciło do niej jak bumerang postanowienie poprzedniego wieczoru. Westchnęła bezgłośnie, zagryzła wargi, po czym: - Syriusz! – nie zareagował – Łapa! W końcu zrezygnowana popędziła i chwyciła go za rękę. Musi to w końcu załatwić! Z całą pewnością rozmawianie w obecnym stanie z przedstawicielem płci męskiej nie było rozsądne, jednak Jo działała zawsze pod wpływem impulsu. - Czego? – warknął, odwracając się do niej. - Chciałam... – podjęła niepewnie. - CO? - Daj mi skończyć to się dowiesz – znowu podniosła głos. Zawsze doprowadzał ją do stanu wrzenia. Odetchnęła głęboko i wlepiła wzrok w posadzkę – Chciałam cię przeprosić. - Co? –wyraźnie słyszała zaskoczenie w jego głosie. - Przeprosić – podjęła spoglądając na niego na ułamek sekundy. - Więc? – spytał i uniósł jej podbródek tak by patrzyła mu w oczy. - Przepraszam – odparła, a szare oczy zdaje się, że ją zahipnotyzowały, bo nie mogła od niego oderwać wzroku – I dziękuję – dodała po chwili jeszcze ciszej. – Dziękuję za uratowanie życia. – powtórzyła jeszcze raz, przełykając ślinę, bo nagle w gardle jej zaschło, a serca zaczęło bić dziwnie szybko. Ciągle trzymał dłoń na jej policzku. Nie wiedział dlaczego. Wszystko w niej było znajome, a jednak inne. I była taka piękna. Te loki, miał nieprzebraną ochotę by zanurzyć w nich dłoń. Wydawała się w tej chwili taka niepewna i bezbronna. Zupełnie nie ta Jo. Nie mógł się powstrzymać, musiał ją dotknąć. Zbliżył się powoli i ją objął, a drugą ręką zaczął głaskać po włosach. Wtuliła się w niego. Tego się nie spodziewał. Miał wrażenie jakby w głowie pulsowały mu bąbelki z szampana, a świat był odrobinę rozmazany. Nie miał pojęcia, co się z nim dzieje. Dziewczyna westchnęła ciężko. - Strasznie się wtedy bałam i chyba wyładowałam ten strach na tobie – wyszeptała w jego tors. Objął ją mocniej. Wróciło to uczucie bliskości, jak wtedy, podczas szalonego latania na miotłach. Czuła ciepło jego ciała. Ze zdumieniem odkryła, że daje jej poczucie bezpieczeństwa. Przestraszyła ją ta myśl. Chciała się odsunąć, ale ją przytrzymał. - Wystraszyłaś mnie wtedy – powiedział po chwili, jakby nie panując nad słowami. Drgnęła zaskoczona i uniosła głowę. W jego oczach było coś innego. Patrzył na nią tak jakoś dziwnie. Prawie jakby mu na niej zależało. Wstrzymała oddech, gdy pogłaskał ją po policzku. Atmosfera zrobiła się dziwnie napięta. Serce waliło jej jeszcze szybciej. A gdzieś w środku coś zastygło w niepewności i podekscytowaniu. Patrzyła na niego rozszerzonymi oczami jak przestraszona łania, która nie wie czy uciec czy jednak zostać. W tej chwili była tak inna od tej zwyczajowej zołzy, że właściwie nie wiedział co robi, wiedział tylko czego pragnie. Miała szaro-niebieskie oczy i długie jasne rzęsy, na nosie parę piegów i delikatne usta. Czuł, że jej puls uderza równie szalenie jak jego własny. Pochylił się... - Łapa! Wszędzie cię szukamy!!! – dobiegło z końca korytarza. Magia chwili prysła. Odskoczyli od siebie jak oparzeni. Syriusz nie wiedział co się właściwie stało, był jednak pewien, że chce zamordować Rogacza. - Cześć! – mruknęła Jo, nawet na niego nie spoglądając i szybko czmychnęła w jeden z bocznych korytarzy. Gdy była już pewna, że jest dostatecznie daleko, osunęła się na kolana i ukryła twarz w dłoniach. Co to właściwie było?! Czuła jak jej policzki pokrywają się szkarłatem, a oddech ciągle ma urwany. Z zażenowaniem odkrywała, że ona i Black... oni... mało co się nie pocałowali. To wszystko eliksir! – uderzyło ją jak obuchem. Cała romantyczność chwili uleciała, a gdzieś w sercu poczuła nagły... żal?! Tylko czemu ona tak na niego zareagowała?! Dlaczego się do niego przytuliła?! A to uczucie bliskości? Te ramiona? Gdzieś na skraju jej świadomości zaczęła krążyć jakaś niepokojąca myśl. 1- tutaj ukłony w stronę Gal, która ma niesamowitą zdolność do wymyślania trafnych określeń, która postanowiłam sobie zapożyczyć, bo straszliwie mi się podoba. Jeśli Gala jest przeciwna zapożyczaniu, proszę dać znać. 2- autorka opowiadania nie gustuje w horrorach, więc postanowiła zgadywać co też może gonić główną bohaterkę. komentarze [9] Jeszcze żyje - niedziela, 30 grudnia 2007 12:59:43 Aż wstyd tu zaglądać. Moimi drodzy kochany, którzy jeszcze tu przypadkiem zaglądacie. Jeszcze żyje i panna Shadowblade też. Miałam bardzo szlachetny plan skończyć rozdział i wrzucić przed Nowym Rokiem, ale dopadło mnie takie przeziębienie, że nie mam siły siedzieć przed kompem. Przepraszam, przepraszam... A zimie to nawet Wen jakiś nie ten, zaspany, zakatarzony - co ja mam z nim zrobić?! Pozdrawiać wszystkich serdecznie, życzyć pomyślności w Nowym Roku komentarze [9] Rozdział XIII - Spacer wieczorną porą i jego skutki. - wtorek, 16 października 2007 21:07:24 * Powoli zmierzchało. Na zachodzie widać było jeszcze ciepłą łunę po zachodzie słońca oraz kilka delikatnych jak puch chmurek w kolorze intensywnego różu. Zapowiadała się pogodna i bardzo mroźna noc, co po kilku dniowej odwilży, jaka nawiedziła Hogwart, była zjawiskiem pilnie wyczekiwanym. Zwłaszcza przez woźnego Filcha, który nie znajdował już obelg dla uczniów wpadających do zamku w zabłoconych szatach i wnoszących na butach prawdziwe tony breji śnieżnej. Od samego rana uczniowie powracali ze świat w mury uczelni, a każdy kolejny osobnik wywoływał w woźnym coraz większą wściekłość. Filch lubił szkołę, nawet bardzo, a najbardziej, gdy nie było w niej uczniów. Teraz jednak błonia były wyludnione, a każdy, kto mógł, grzał się przy kominku i w towarzystwie przyjaciół wspominał właśnie minione święta. Był jednak jeden wyjątek. Jo nie mogła wytrzymać w dormitorium, nie potrafiła też zasnąć, mimo tak skąpej ilości snu dzisiejszego dnia. Miała wrażenie, że za chwilę głowa jej eksploduje z nadmiaru myśli. Opatuliła się jeszcze mocniej szalikiem i szła wściekłym krokiem, rozkopując już lekko przymarznięty śnieg. Miała taką ochotę coś rozwalić. Tak z całej siły, na strzępy. Wszyscy ją okłamywali, wszyscy w koło i to od lat. Ale że babcia... Eliksir regeneracyjny... skąd ona go miała?! Czy Dumbledore zna moją babkę? A może babka znała moją matkę, a moja mama jest czarownicą?! Nie, bezsensu. Babcia musi być czarownicą. Ale czemu to ukrywa?! O co w tym wszystkim chodzi?! I kim właściwie jestem?! Kopnęła znowu z całej siły w śnieg, po czym jęknęła donośnie. Uniosła głowę. Cholerne drzewo! Jakby cały świat był przeciwko niej. Przeskakała kawałek drogi na jednej nodze, po czym jakby zapomniała, że boli ją stopa i znowu pogrążyła się rozmyślaniach. Niespodziewanie miała idiotyczne wrażenie, jakby się znalazła w samym środku jakieś intrygi. Jakby wszyscy wokół „coś” wiedzieli, tylko ona była jak to ciele prowadzone na rzeź albo pionek w cudzych rękach. Nagle w milionie myśli rozbłysła jedna – Pożar! Z wrażenie się pośliznęła i prawie wylądowała na tyłku. Nigdy się nad tym nie zastanawiała, ale właśnie dotarło do niej, że list z Hogwartu dotarł kilka tygodni po pożarze ich starego domu i przeprowadzce. Czy to mogło mieć ze sobą jakiś związek?! Słyszała już o możliwości zabezpieczenia domu różnorodnymi zaklęciami, najlepszym przykładem był chociażby Hogwart. Czy komuś mogło zależeć na tym, by ukryć jej obecność w czarodziejskim świecie?! Ale przecież... Bez sensu, chodziła normalnie do szkoły i po ulicach. Z drugiej strony, dlaczego dopiero teraz znalazła się w szkole magii?! A może to nie dom, tylko jakiś przedmiot?! Nie, przecież peleryny niewidki nie miała, a o niczym innym nie słyszała. Popadam w paranoję!!! Lodowaty podmuch wiatru przedostał się przez warstwy ubrań i wywołał gęsią skórkę na ciele dziewczyny. Skuliła się, naciągnęła jeszcze bardziej czapkę i opatuliła mocniej szalikiem, który nieco się poluzował w czasie spaceru. Mimo grubych rękawiczek, zaczęły jej marznąć palce. Powinna wracać. Zdecydowanie. Jednak ciągle brnęła przed siebie w śniegu. Bolała ją głowa. Nie mogła się na niczym skupić, a jednak ciągle myśli wirowały jej jak szalone. Kolejne spekulacje i wymysły wydawały się coraz bardziej idiotyczne i pozbawione jakiegokolwiek sensu. Zaraz zwariuję! - Do diabła! – wykrzyknęła i tupnęła z całej siły stopą. Po czym, uznając być może, że to dobre wyładowanie emocji, zaczęła podskakiwać i tupać, jakby planowała rozwalić zamarznięty grunt, gdyby tylko się dało. Dopiero cichy trzask, początkowo jakby na granicy słyszalności, ostudził jej zapędy do zdemolowania tego kawałka świata. Przystanęła. Przez chwilę miała wrażenie, że się przesłyszała, ale nie... Ten dźwięk. Znała go! Tylko skąd?! W końcu, ciągle zdezorientowana, rozejrzała się wokół siebie i zamarła. Była na olbrzymiej, idealnie płaskiej i pustej przestrzeni. Gdzieś w dali majaczył zamek i krawędź Zakazanego Lasu. Panika chwyciła ją za gardło, miała wrażenie, że zaraz zacznie się dusić, albo krzyczeć jak oszalała. Weszła prawie na środek jeziora. Zamarzniętego jeziora! Nie dość zamarzniętego jeziora!!! Przez długą chwilę próbowała zapanować nad sobą. Trzask pękającego lodu ciągle dźwięczał jej w uszach, mimo że faktycznie dawno ucichł. Przystanęła niepewna, co robić, i sparaliżowana nagłym strachem, którego źródła nie potrafiła odnaleźć. - No trudno, wlazłaś, to musisz wyleźć. - mówiła sama do siebie. Jestem idiotką!!! Kompletną i totalną. I cud, że jeszcze żyje. Panno Shadowblade, dupa w troki i do przodu - próbowała się zmobilizować do ruchu, jednak stopy jakby przymarzły do lodu i cała prawie dygotała z przerażenia. Nie rozumiała dlaczego. W końcu skoro doszła tu bez problemów, to tak samo powinna wrócić. Gdzieś na granicy świadomości zamajaczyło jej jakieś wspomnienie. Nie potrafiła go jednak złapać. W końcu zamknęła oczy, zacisnęła dłonie w pieści, odetchnęła głęboko i ruszyła przed siebie. Szybko jednak otworzyła oczy. Zbyt niepewnie się czuła, stąpając po omacku. Wpatrywała się w linię drzew przed sobą, starając iść jak najspokojniej i nie patrzeć pod stopy, gdzie spomiędzy śniegu wyłaniał się czasami lód. Nie panikuj, idiotko! - dziewczyna cały czas prowadziła monolog, jakby to pozwalało jej nie poddawać się narastającemu strachowi. Serce uderzało jej jak szalone, a mimo coraz większego mrozu, ona czuła, że jest jej coraz bardziej gorąco. Na niebie rozbłyskiwały pierwsze gwiazdy. Panowała nieznośna cisza. Gdzieś obok, blisko, zbyt blisko, znowu rozległ się ten trzask. Krzyknęła przerażona i uskoczyła szybko, jakby lód miały się pod nią w tej sekundzie załamać, a lodowata woda pochłonąć na wieki. Uspokój się! Zachowujesz się jak pięciolatka! Tym razem nie było żadnego rycerza w lśniącej zbroi gotowego ją ratować. Była zupełnie sama i zdana wyłączenie na siebie. Kucnęła, oddychając spazmatycznie. Brzeg ciągle był odległy. A dla przerażonej dziewczyny wydawał się wręcz nieosiągalny, jakby granica innej krainy. Dlaczego zawsze jej się to przydarza?! Czy nie może mieć normalnego życia bez żadnych dziwactw, przypadków i modelowych pokazów własnej głupoty?! Zupełnie bezwiednie zaczęła rozgrzebywać śnieg ręką. Lód był doskonale przejrzysty i lekko zielonkawy. Przez chwilę wpatrywała się w niego jak zahipnotyzowana. Jednak ani rybka, ani inne stworzenie nie podpłynęło pełne ciekawości świata. Jo podniosła się skostniała z zimna i ruszyła przed siebie. Krok do przodu. Powodowana jakimś dziwnym impulsem zerknęła jeszcze raz na okryty kawałek lodu. Coś mignęło... jasnego... jakby ręka... a potem... zobaczyła błękitne oczy w bladej twarzy. To było za wiele jak na nią tego dnia. Krzycząc histerycznie rzuciła się do biegu. Chciała znaleźć się na brzegu! Jak najdalej od tego przeklętego jeziora. Biegła, aż zaczęło jej świszczeć w płucach. Była prawie na miejscu, gdy głośny trzask wręcz ją ogłuszył, a gładka dotąd tafla załamała się pod jej ciężarem. * Nie tylko panna Shadowblade nie mogła wysiedzieć w zamku. Syriusza Blacka roznosiły emocje równie silne jak drobną blondynkę, w których najbardziej przebijała się wściekłość i frustracja. Po raz kolejny doszedł do wniosku, że nie wytrzyma żadnych więcej świąt ze swoją popieprzoną rodzinką. Obserwowanie, jak jego mamuśka klei się do Malfoya na sylwestrowym przyjęciu w Malfoy Manor zdecydowanie przekraczało jego wytrzymałość, nie wspominając o przyłapaniu ojczulka na obmacywaniu jakieś pokojówki. Wszyscy Malfoyowie byli bladzi, jasnowłosi, bezgranicznie zarozumiali i obrzydliwie bogaci. A młody dziedzic – Lucjusz, z tymi swoimi manierami francuskiego pieska doprowadzał go wręcz do białej gorączki. W tym świecie obłudę nazywano dobrymi manierami, a morderstwo przykrym wypadkiem. Syriusz, uważając się za lepszych od tej zgrai wysoko urodzonych bubków, sam popadał w skrajne zarozumialstwo, jakże typowe dla tych czystokrwistych. Z całą pewnością jednak nie byłoby dla niego większej obrazy, niż posądzić go o jakiekolwiek podobieństwo do tej jakże znienawidzonej przez niego sfery. Być może jednak najtrudniej było znieść pogardę, jaką darzyli go rodzice, a nawet, choć może już popadał w paranoję, własny brat. Całkowicie wykończony psychicznie po jakże cudownie miłym tygodniu w rodzinnym gronie, szalał w swej psiej postaci. Zagonienie kota na drzewo dało odrobinę satysfakcji. Teraz już odrobinę spokojniejszy, biegł z patykiem w pysku w stronę zamku. Dlaczego z patykiem w pysku, tego właściwie nie wiedział. Widać inna natura dawała znać o sobie i w taki sposób. Niespodziewanie wyczuł człowieka, co przy tej porze dnia i temperaturze było rzeczą odrobinę dziwną. Z ciekawości ruszył za tropem, który pochwycił jego psi nos. A potem zadziałał instynkt, ukryty gdzieś głęboko, z istnienia którego z reguły nie zdajemy sobie sprawy. Nigdy dotąd nie transmutował się tak szybko. - Wingardium Leviosa! – wykrzyknął pierwsze zaklęcie, jakie wpadło mu do głowy. Na początku myślał, że się nie udało, nie trafił. Plusk wody prawie ogłuszył jego ciągle jakby nie do końca przetransmutowane zmysły. Nagle coś pociągnęło go do przodu, jakby złapał olbrzymią rybę na wędkę. Zaparł się z całych sił, nie wypuszczając z rąk różdżki i ciągle podtrzymując zaklęcie. Przez myśl przemknęło mu, że prawdopodobnie za mało mocy włożył w zaklęcie i za chwile znajdzie się w równie beznadziejnej sytuacji, jak ta osoba w jeziorze. Jednak trudno było znaleźć równie upartego chłopaka jak Syriusz Black. Przypomniał sobie starą prawdę, że w zaklęciu nie chodzi o słowa, ale o skupienie. I tylko ktoś, kto potrafi tę umiejętność opanować, może zostać naprawdę dobrym czarodziejem. A więc to zrobił. Skupił się tak, że prawie czuł magię płynącą w jego żyłach, a potem szarpnął z całej siły różdżką. Niedoszły topielec padł idealnie na niego, wgniatając go w śnieg. Przez chwilę był zbyt oszołomiony, by w jakikolwiek sposób zareagować. - Auł! – jęknął głośno, gdy osoba na nim uniosła się, wbijając mu boleśnie łokieć w żebra. Przez chwilę było słychać tylko kaszel. - Dzię.. – zaczęła i dopiero wtedy spojrzeli na siebie. - Mogłem się od razu domyślić, że ze wszystkich osób na świecie tylko ty możesz być taką idiotką, by łazić po jeziorze! – wysyczał Black, a Jo natychmiast się najeżyła. - Nikt ci nie kazał lecieć na ratunek – odwarczała i szybko wstała. Przemoczona, ledwo stojąca na nogach i ciągle kaszląca wodą, którą połknęła, wyglądała dość żałośnie. - Ależ oczywiście, na pewno sama byś sobie poradziła – zakpił. - Do tej pory jakoś sobie radziłam bez pomocy wszechmocnego pana Blacka i żyję! - Z całą pewnością to kompletny przypadek – zadrwił, a w dziewczynie jeszcze bardziej zawrzała krew. - Ty... – warknęła i po prostu rzuciła się na niego z pięściami. To był kompletnie irracjonalny impuls. Jakby wybrała właśnie ten sposób, by dać upust nagromadzonemu strachowi. Oczywiście nie miała z nim najmniejszych szans, błyskawicznie ją obezwładnił. - Jak można być taką idiotką?! Ryzykować własne życie – krzyczał, potrząsając nią mocno. Gdy uświadomił sobie, że to właśnie ona o mało co nie utonęła w jeziorze, zalała go fala niesamowitej i niewytłumaczalnej wściekłości. – Jakby mnie tu nie było, już byś nie żyła!!! Rozumiesz to!!! - Przestań mną szarpać, do jasnej cholery!!! * Do zamku zmierzali już tylko nieliczny uczniowie, którzy dotarli ostatnim pociągiem do Hogsmeade1. Było przeraźliwie zimno, coraz ciemniej i każdy marzył już tylko o tym, by jak najszybciej znaleźć się w ciepłych murach uczelni. Niespodziewanie tuż przed schodami do szkoły magii przystanęły dwie osoby i wpatrywały się z ciekawością w znajdujące się w niedalekiej odległości jezioro. - Ależ miedzy nimi iskrzy – wyszeptała dziewczyna z burzą rudych loków, wymykających się spod zielonej czapki. – Zupełnie nie rozumiem, co też ten Black w niej widzi. Może jest dobra w te klocki... no sama wiesz, o co mi chodzi... w końcu już ją widywano w jego sypialni... – Jej rozmówczyni nic nie odpowiedziała. – Biedna, naiwna ta jego obecna dziewczyna. Przecież to oczywiste, że ją poderwał tylko po to, żeby wzbudzić zazdrość w Shadowblade. - Tak, się składa, że to ja jestem jego dziewczyną. - O! – Angela udała zaskoczenie i zażenowanie. – Ja wcale... - Daruj sobie! Ally wzięła swój kufer i ruszyła szybko po schodach. Jednak mimo przekonania, że Angela, jak zawsze, sączy jad, gdzie tylko może, nie mogła się jednak pozbyć dziwnego ukłucia w sercu, patrząc na wydzierająca się na siebie wniebogłosy dwójkę. - Przecież oni się pozabijają – mruknął do siebie Remus, zostawił kufer pod schodami i szybko pobiegł w kierunku jeziora. * - Nie musisz wyżywać swoich rodzinnych frustracji na mnie! – wykrzyknęła mocno rozczochrana dziewczyna. Mokre kosmyki zaczęły zamarzać i sterczały w każdym kierunku. Trudno powiedzieć, jak długo się kłócili, nie szczędząc sobie wyzwisk, co zdecydowanie rozgrzewało krew, ale powoli zaczynała odczuwać chłód przemoczonego ubrania. - Coś ty powiedziała? – spytał dziwnie spokojnie. - To, co słyszałeś! – Chłopak miał mord w oczach, ta jednak ciągle buntowniczo się w niego wpatrywała. - Łapa, Jo! Czy wyście do reszty zwariowali?! Co tu się w ogóle stało?! – Remus wpadł z impetem między dwójkę przyjaciół. - Święty Lupin na ratunek – sarknął Syriusz, a jakikolwiek dalszy komentarz przerwało mu donośne kichnięcie Jo. – Na Godryka! Ty jesteś cała przemoczona! – jęknął Remus i szybko rzucił zaklęcie osuszające na Jo. - Ta idiotka mało się nie utopiła w jeziorze – warknął Black, ciągle wściekły. - Ale, jak widać, ciągle żyje, ale nie będzie, jeśli jeszcze choć trochę postoi na tym mrozie – wycedził Lunatyk, widocznie nie rozumiejący całej awantury i lekko zirytowany zachowaniem swojego przyjaciela. - Ciekawe dzięki komu! - Nikt cię nie prosił! - Spokojnie!!! – wykrzyknął Remus, a coś w jego głosie sprawiło, że zamilkli. – Idziemy do zamku! I nie chce słyszeć ani słowa! * Jo, skostniała z zimna i całkowicie zmęczona pozbywaniem się troskliwych Huncwotów, a dokładniej Remusa upierającego się, by wysłać ją do szpitala, weszła w końcu do dormitorium. - Jo! – usłyszała donośny i radosny głos, po czym coś uwiesiło się jej na szyi. - Cześć, Saro – mruknęła apatycznie, przez chwilę nawet nie czując zdumienia na taką wylewność. - Pomożesz mi w zaklęciach? - Chyba nie dzisiaj?! - Nie, pewnie, że nie. Dzisiaj jeszcze się lenię. - Świetnie. Idę do wanny – podjęła, szybko oswobadzając się z objęć dziewczynki. - Co cię... – Jo jednak już nie słuchała, zamykając drzwi łazienki i odkręcając kurek w wannie z gorącą wodą. Wlała płyn do kąpieli, zrzuciła z siebie ciuchy, kichnęła kilka razy tak, że pewnie popękałyby szyby w łazience, gdyby jakieś tam były, po czym weszła do wody. Mruknęła z rozkoszą. Przez chwilę próbowała zrozumieć zachowanie Sary, które nijak miało się do tego sprzed wyjazdu na święta, kiedy to pokłóciły się dość żarliwie i obraziły na siebie. Szybko jednak się poddała. Ułożyła wygodnie i przymknęła oczy... - Wyłaź w końcu!!! Przez kilkadziesiąt sekund próbowała zrozumieć, gdzie jest i co się dzieje. W końcu dotarło do niej, że przysnęła w wannie. Wyszła z zimnej wody i szybko otuliła się w szlafrok. Otworzyła drzwi z impetem, tak że dobijająca się współlokatorka prawie się przewróciła i przeszła przez dormitorium prosto do łóżka, na nikogo nie zwracając uwagi. * Zamek był pogrążony w nocnej ciszy. Nawet skrzaty domowe zaprzestały krzątania, Filtch pochrapywał głośno w swoim łóżku, z panią Norris na poduszce obok. To była pora snów... James wymachiwał w łóżku rękami, chcąc złapać niewidzialnego znicza. Syriusz marszczył groźnie brwi, jakby na nowo przeżywał kłótnię z panną Shadowblade. Remus kręcił się niespokojnie, co chwilę budząc się i zerkając na jasno świecącą połówkę księżyca. Na twarzy Petera widać było wyrachowany uśmiech zadowolenia, który być może zaniepokoiłby jego przyjaciół, gdyby tylko mieli okazję go zobaczyć. Lily w swoim dormitorium śniła o przystojnym, tajemniczym wielbicielu, który prawił jej komplementy i był dżentelmenem w każdym calu. Mimowolnie ściskała też prezent gwiazdkowy od tego wielbiciela - wisiorek z zielonym agatem, a z ust nie schodził jej błogi uśmiech. Viollet umykała przed jakiś groźnym stworem przez Zakazany Las. Drżała ze strachu i dyszała coraz głośniej, ledwo łapiąc oddech. Stwór był coraz bliżej... Już prawie ją dopadł. Prawie czuła ostre pazury na twarzy. Pisnęła głośno. Otworzyła oczy, a to Remus ją obejmował. Chyba przegonił potwora. Dziewczyna uśmiechnęła się przez sen. Jo nie śniła o niczym. Tylko wtulała się coraz mocniej w kołdrę, drżąc z zimna. Severus Snape, podobnie jak panna Shadowblade, nie śnił o niczym. Severus Snape nigdy o niczym nie śnił. Zawsze czujny i wyczulony na każde dźwięki, spał snem szpiega, wiecznie wyczekującego niebezpieczeństwa. Crystal śnił się obiekt zgoła niespodziewany. W rzeczywistości być może wzdrygnęłaby się z obrzydzeniem, tutaj jednak świat był inny. A Naczelny Nietoperz Hogwartu naprawdę potrafił całować. Carrie była na balu. Setki par tańczyły wdzięcznie w sali rozświetlonej milionem świec, a ona była w objęciach chłopaka o stalowych oczach i czarnych włosach opadających zawadiacko na czoło. Ten nie odrywał od niej wzroku i szeptał czule do ucha słowa miłości. Angela nie spała. Miała zdecydowanie bardziej ciekawe zajęcie. A że opiekunka Hufflepuffu nigdy nie składała wizyt w pokoju wspólnym, to dziewczyna zawsze wykorzystywała go jako miejsce schadzek. Ally przewracała się niespokojnie w swoim łóżku, wyraźnie męczył ją jakiś koszmar. - Przestań!!! NIE CHCĘ!!! – obudziła się z krzykiem, zlana potem. Przez chwilę oddychała ciężko, nie potrafiąc stwierdzić, gdzie się znajduje. W końcu odetchnęła z ulgą. Wstała na drżących nogach, ubrała na siebie szybko szlafrok i cicho wyszła z dormitorium. Dopiero gdy zeszła ze schodów, zauważyła, że pokój wspólny bynajmniej nie jest tak pusty, jak powinien być ze względu na godzinę drugą w nocy. Przystanęła w szoku. Zamykając usta ręką, by powstrzymać okrzyk. - Kto tu się skrada? – usłyszała ochrypły głos Angeli, po czym ta uniosła się z kanapy, która stała przy kominku. – Czyżby Cnotka wymykała się na schadzkę z Blakiem? – roześmiała się dziewczyna, zupełnie nie przejmując swoją nagością. Jej loki zapłonęły ogniem w świetle padającym z kominka, a blada skóra lśniła delikatnie. Ally spłonęła rumieńcem zażenowania, spoglądając na obfity biust koleżanki i szybko odwróciła wzrok. - Nie przeszkadzajcie sobie – wyszeptała i szybko ruszyła ku drzwiom, by jak najszybciej uciec z tego miejsca. - Nie planowałam, Cnotko – zadrwiła Puchonka. * Ally przemierzała ciche korytarze, zmierzając do jedynego znanego jej bezpiecznego miejsca – łazienki Jęczącej Marty. Duch zamieszkujący w niej skutecznie odstraszał wszelakich włóczykijów. Był tylko jeden wyjątek. A właściwie dwa – doszła do wniosku Ally, dodając samą siebie do listy. Czasami natykała się tutaj na pannę Shadowblade, zupełnie zatopioną w księgach, a pewnie często i własnym świecie. Gryfonka nigdy nie zauważała jej obecności, a i Ally, zauważywszy ją, szybko wycofywała się spłoszona. Jęcząca Marta niewątpliwie mogła być dość uciążliwym towarzystwem, jednak Puchonka nawet ją polubiła, oczywiście gdy minął już początkowy strach na widok zjawy. Na świecie były potwory o wiele bardziej przerażające ją i o wiele bardziej namacalne, przy nich Marta była tylko nieszkodliwym duchem. Weszła cicho do łazienki. Zza okna zerkał na nią księżyc, blada połówka świeciła zdumiewająco jasno, rozświetlała błonia, jak i od dawna nieużywaną łazienkę. Na środku, ustawione w koło, stały umywalki, kawałek dalej przechodziło się do osobnego pomieszczania z kabinami. Co dziwne, nawet tutaj skrzaty utrzymywały porządek, choć pewnie nie było to zbyt łatwe z duchem ciągle zalewającym podłogi. Światło księżyca odbijało się od dawno nieużywanych luster, budząc jeszcze więcej cieni do życia. Dziewczyna jak zawsze usiadła na parapecie. Uwielbiała w zamku te olbrzymie, strzeliste okna, z parapetami półmetrowej szerokości. Kamień był zimny. Zadrżała, wtuliła się mocniej w szlafrok i oparła czoło o szybę. Znowu ten sen... Dlaczego musiała jeszcze o tym śnić?! Gdy napływały wspomnienia, od razu zaczęła oddychać spazmatycznie, a strach zaczynał paraliżować całe jej ciało. Zazdrościła pannie Shadowblade tej odwagi i bunty. Gryfonka była taka drobna i taka nieustraszona, Ally nie potrafiła tego zrozumieć. Jakby niczego na świecie się nie bała. Pannę Bishop wychowano, by zawsze była posłuszna, więc zetknięcie z Jo było dla niej pewnym szokiem. Czasami była świadkiem jakieś jej kłótni z Syriuszem (a trzeba przyznać, że kłócili się często) i za każdym razem nie wychodziła ze zdumienia, że chłopak nigdy jej nie uderzył. Mimo że ta nie szczędziła mu obelg. Zachowanie Jo wydawało jej się egzotyczne i takie jakieś nieczarodziejskie. A prawdopodobnie Ally takim je odbierała, ponieważ była czystokrwistą czarownicą, z bardzo dobrej rodziny, dla której maniery, dobre wychowanie i posłuszeństwo było wszystkim. Kątem oka uchwyciła jakiś ruch. Poderwała się gwałtownie, a serce zaczęło jej trzepotać jak oszalałe. Przez chwilę rozglądała się wzrokiem śmiertelnie przestraszonej łani, gdy dotarło do niej, że to cienie. Tylko cienie. Westchnęła i opadła, jak przekłuty balon, z powrotem na parapet. Mimowolnie zaczęła obgryzać paznokcie. Jakaś część jej chciała potrząsnąć nią samą. Powiedzieć, że nie może być przez całe życie taka bezwolną kukłą, że musi się w końcu nauczyć mówić NIE. Jednak ten cichy głosik w środku był stłamszony przez dobre wychowania i głęboko wpojone zasady, i rzadko kiedy Ally pozwalała go sobie usłyszeć. W końcu nawet to, że była dziewczyną Blacka, wynikało tylko z faktu, że nie potrafiła mu odmówić. - Ally, dlaczego jeszcze nie śpisz? – zawył znienacka głos tuż za nią. Podskoczyła gwałtownie i krzyknęła w przestrachu. - Marto, ile razy mówiłam ci, żebyś mnie tak nie straszyła – jęknęła Ally. * Jo obudziła się z bólem głowy, gardła i zatkanym nosem. Zwlekła się z wysiłkiem, przed śniadaniem wpadła do lochu, połknęła porcję eliksiru pieprzowego i zaczęła swój normalny trzydziestoczterogodzinny dzień. Był piątek, kiedy zaczęło do niej docierać, że przeziębienie jest bardziej uparte, niż sądziła. Siedziała w ICH sali, w lochach. Severus Snape jakimś podstępem przekonał McNell, by pozwoliła im użytkować pomieszczenie tuż obok głównej sali do eliksirów. W ten sposób przebiegły Ślizgon miał do dyspozycji całe zapasy McNell, bo sala była połączona ze składzikiem wszelakiego sprzętu i składników do warzenia mikstur, a jednocześnie zyskał w końcu upragnioną prywatność. Jo zauważyła jeszcze przypadkiem, że Nietoperz obłożył drzwi wejściowe jakimś skomplikowanymi zaklęciami, które wpuszczały do środka tylko ich dwójkę. Widać nie bez powodu po szkole krążył plotki, że czarnowłosy Ślizgon zna się na wiedzy zakazanej. Panna Shadowblade siedziała przy stole zasypanym książkami, podczas gdy jej drugie Ja (a może pierwsze, bo czasami sama nie wiedziała) było na lekcjach. Ich własna sala eliksirów to było prawdziwe błogosławieństwo dla dziewczyny ze zmieniaczem czasu, która potrzebowała miejsca do nauki, gdzie nikt inny nigdy się na nią nie natknie. Zaczynała swój dzień normalnie, by po skończonych zajęciach przesunąć wskazówki na godzinę dziewiątą rano i udać się do lochów, by uczyć się dalej. Oczywiście nie zawsze mogła w sali przebywać tak długo, jak miała zajęcia, w końcu to było też ulubione miejsce Snape’a. Szybko jednak poznała jego plan zajęć i zwyczaje na tyle, by nigdy nie wpadł na nią tutaj, podczas gdy „druga” panna Jo była w tej chwili w innym miejscu. Nigdy jednak, mimo teoretycznie nieograniczonych możliwość zabawy z czasem, nie odważyła się przesunąć wskazówek o więcej niż kilka godzin, czy też wykorzystać dodatkowy czas na sen, którego jej wiecznie brakowało. Siedziała teraz, próbując zrozumieć, co to w ogóle znaczy „prawo zachowania równowagi magicznej” czy też po jaką cholerę gobliny musiały ciągle mieć jakieś wojny. Literki coraz bardziej wirowały jej w oczach, a wszystko wydawało się o wiele gorsze niż zazwyczaj. Było jej na przemian zimno i gorąco. I naprawdę przestała widzieć jakikolwiek sens w nadrabianiu tych pięciu lat. Co z tego, że miała czas, jak już przestawała mieć siłę! Zaklęła, gdy jej pieczołowicie warzony eliksir rumiankowy wykipiał, zalewając cały jej stół. A co gorsze, i z pół stołu pedantycznego Severusa. Przecież on wpadnie w szał! Zaczęła energicznie wycierać stół, jakby zupełnie zapominając, że może to o wiele szybciej zrobić różdżką. W końcu padła znowu na swoje krzesło i zerknęła na transmutację. Jakiś wzór ciągnął się przez trzy linijki. Zerknęła na talerzyk, który nieudolnie próbowała zmienić w kuleczkę. Wyszło jej coś pomiędzy latającym spodkiem a rozgniecionym ptysiem. Westchnęła głośno. Doniczka obok, w której rosło coś, co teoretycznie wyglądało jak mięta pieprzowa, wydawała się za to wyjątkowo ożywiona. Jo westchnęła kolejny raz, jeszcze głośniej niż poprzednio, po czym jej głowa jakoś zupełnie mimowolnie opadła na książki. * Severus był wściekły. Choć nawet słowo wściekły było zdecydowanie zbyt słabe, by odzwierciedlić jego nastrój. Od ostatnich paru dni Crystal znowu dziwnie na niego spoglądała. Uśmiechała się, robiła minki i próbowała się przymilać. A większość z tego bezczelnie na oczach Marcusa! W takich momentach Severus dziękował niebiosom za głupców. Zachowanie Crystal wprawiło go w stan konsternacji i stałej czujności. Nie wiedział, co knuła ta ślizgońska żmija, a to dodatkowo przyprawiało go ból głowy. Otworzył z hukiem drzwi do JEGO prywatnej sali eliksirów i zastygnął w chwilowym szoku. - SHADOWBLADE!!! – ryknął, po czym posypał się grom przekleństw, mogących zawstydzić nawet najbardziej zaprawionych wilków morskich. Dziewczyna uniosła głowę i spojrzała nieprzytomnie na Naczelnego Nietoperza Hogwartu. Snape spoglądał na pogrom w JEGO sali eliksirów z furią w oczach. Jakiś eliksir, który warzyła ta przeklęta dziewucha, zalał stół i wgryzał się właśnie w podłogę. Mięta pieprzowa próbowała pożreć JEGO notatki dotyczące jednej z nowo odkrytych właściwości tojadu. Nad głową dziewczyny fruwała jak oszalała filiżanka ze skrzydłami ważki. Coś zdecydowanie obrzydliwego pełzło po JEGO fiolkach. Jo wstała niepewnie i obrzuciła zaskoczonym wzrokiem salę. Chyba przysnęła. W głowie jej pulsowało, a Severus wydawał się dziwnie zamglony i zdecydowanie trzepotało wokół niego całkiem sporo nietoperzy. Chciała coś powiedzieć, kiedy poczuła, że podłoga usuwa się jej spod nóg, a cały świat zaczyna wirować jak oszalały. Chłopak podchodził wolnym krokiem do swojej ofiary, na której planował popełnić jakieś widowiskowe morderstwo, gdy ta najzwyczajniej się przewróciła. - O nie! Shadowblade, nie próbuj żadnych sztuczek – warknął, przy czym jakby bezwiednie usuwał skutki szalonej działalności dziewczyny. Gdy JEGO pracownia zaczęła wyglądać już w miarę znośnie, a mięta pieprzowa została poszarpana na milion kawałków jednym precyzyjnym i pełnym wściekłości zaklęciem, podszedł do Gryfonki. Dalej leżała. Szturchnął ją nogą. Czyżby nie udawała?! - Shadowblade, koniec przedstawienia! – krzyknął, ta jednak dalej leżała na kamiennej podłodze i wyglądała dość blado. W zasadzie to trupioblado. Wzdrygnął się z obrzydzeniem i dotknął ją. Była rozpalona jak piec. Westchnął. Poklepał ją po policzkach. Dziewczyna była dalej nieprzytomna. Może umarła?! – przez chwilę rozkoszował się tą myślą, szybko jednak uznał, że to niemożliwe. Stał przez chwilę nad nią, rozważając wszystkie możliwe aspekty sprawy, po czym zaklął jeszcze raz i pewną ręką wyczarował niewidzialne nosze. Zdaje się, że wrodzona niechęć do pomagania wygrała z korzyściami, jakie panna Shadowblade przynosiła, a na dzień dzisiejszy była to pracowania eliksirów i pełny dostęp do składzika McNell. * Widok Severusa Snape’a, najbardziej pogardzanego i wyszydzanego ucznia Hogwartu, taszczącego na noszach pannę Shadowblade niewątpliwie wywołał sensacje. A jak wiadomo sensacje mają to do siebie, że gromadzą tłumy gapiów. Tutaj tłum trzymał się na bezpieczną odległość, którą wyznaczał dystans, na jaki można było rzucić zaklęcie. Severus spacer z lochów do skrzydła szpitalnego urozmaicał sobie malowniczą wiązanką przekleństw. Jego podróż przebiegała w miarę spokojnie i niemal osiągnął miejsce przeznaczenia, gdy niespodziewanie doszło do czegoś, co zdarza się tylko w taniej klasy dramatach. Niewątpliwie o wiele romantyczniej byłoby rzec, że stanęli naprzeciw siebie z zaciętymi minami i różdżkami w dłoniach, gotowi na walkę na śmierć i życie, jednak rzeczywistość była o wiele bardziej prozaiczna. - COŚ TY JEJ ZROBIŁ!!! – ryknął Syriusz, po czym popisując się gryfońską brawurą w najczystszej postaci, rzucił zaklęcie w znienawidzonego Ślizgona. Ten uchylił się wyrobionym przez lata odruchem. Zaklęcie grzmotnęło z całej siły w drzwi prowadzące do skrzydła szpitalnego. W międzyczasie Severus posłał własne zaklęcie w kierunku zarozumiałego Gryfona i rozpętała się regularna bitwa. A ponieważ nie tylko panna Shadowblade miała okazję ćwiczyć zaklęcia z Blackiem, a na dodatek Severus „ćwiczył” je o wiele dłużej (z oczywistego przymusu), stąd też na czyją stronę przechyla się szala zwycięstwa trudno było ocenić. Niektórzy twierdzili później, że Syriusz bronił ukochanej. Ci bardziej sceptyczni, że po prostu uznał to za kolejny pretekst dla poćwiczenia swoich zdolności na Ślizgonie, w końcu o jego kłótni z Jo nad jeziorem słyszeli wszyscy. Plotka była równie nieodłączoną częścią murów Hogwartu jak magia, a niektórzy sprzeczali się nawet, czy nie bardziej. Gwoli prawdy trzeba przyznać, że owszem, słynna hogwarcka „para” nie odzywała się do siebie od tygodnia doskonale nie zauważając własnego istnienia, jednak Syriusz nie był całkowicie pozbawiony serca i widok Jo, prawdopodobnie zamordowanej przez jego znienawidzonego wroga, zagotował mu krew w żyłach. - CO TU SIĘ DZIEJE? – ryknęła Poppy Pomfrey, po czym, zauważając pannę Shadowblade, rzuciła się jej na ratunek. – O Biedne dziecko! Jaką ona ma gorączkę!!! Niespodziewanie zamieszanie zwiększyło się niebotycznie. Nie wiedząc skąd pojawiła się Lily Evans i rozbroiła błyskawicznie pojedynkująca się dwójkę, w czym niewątpliwie pomógł jej James Potter. W końcu uwaga Poppy skupiła się na Ślizgonie, a tylko ten był w stanie powiedzieć, co się właściwie stało. - Zemdlała!– mruknął i w ogólnym zamieszaniu po prostu wrócił do swoich lochów. Pewnej satysfakcji niewątpliwie dostarczył mu fakt lekkiego poturbowania Blacka w pojedynku. 1 - Ponieważ nigdzie nie było to uszczegółowione postanowiłam założyć, że uczniowie wracali rano i wieczorem z przerwy świątecznej. komentarze [11] Rozdział XII – Inny kawałek świata. - środa, 22 sierpnia 2007 21:34:55 * Kolejny tydzień przeleciał pannie Shadowblade wręcz w mgnieniu oka, nim się zorientowała, już wsiadała do pociągu zmierzającego w kierunku Silverwood. Znalazła pusty przedział i usiadła przy oknie. Z plecaka wyciągnęła książkę, jednak nie pogrążyła się w lekturze, tylko wpatrywała w krajobraz za oknem. Padał śnieg. Olbrzymie płatki, jak piórka z puchowej pierzyny opadały na świat i opatulały go miękką bielą. Widok ten zawsze kojarzył jej się ze szklaną kulą, którą ktoś teraz potrząsa. Ludzie tłoczyli się na dworcu, dziewczyna mogła się domyślać, że większość psioczy na zimno, nie dość dobrze odśnieżone drogi i kolejki w sklepach. W mieście wszystkie witryny i większość ulic udekorowana była nieprzebranym bogactwem ozdób świątecznych, począwszy od światełek, a skończywszy na reniferach wyśpiewujących kolędy. Po ulicach spacerowali tradycyjnie Mikołaje i elfy, zachęcając do zakupów, albo też do zostawienia jakiegoś datku na szczytny cel. Teraz jednak, z dala od zgiełku przedświątecznego, Jo oczekiwała z pewną niecierpliwością aż pociąg wreszcie ruszy i jednocześnie miała cichą nadzieje, że żaden inny podróżny nie będzie próbował umilić jej podróży. Na peronie obok mała dziewczynka łapała w dłonie płatki śniegu i z zachwytem patrzyła, jak rozpływają się w jej dłoni. Kawałek dalej chłopcy w wieku około dziesięciu lat robili śnieżne kulki i z zapamiętaniem rzucali je w trzy dziewczyny, stojące kilka metrów od nich. Rozległo się donośne skrzypnięcie i pociąg powoli ruszył. Jo ciągle wpatrywała się w szybę, jednak to już nie widok za oknem zajmował jej myśli. Ten tydzień jej tak szybko przeleciał. Pomiędzy nauką, zajęciami, ślęczeniem nad miksturą na lokowate włosy Mirabel i, ciągle, idiotycznym trzymaniem się nieco z dala od Remusa. Tak, była głupia, a teraz nie wiedziała, jak to naprawić. Sara zarzucała jej, że ludzie jej nie interesują. Dziewczynka, mimo że nieznośna momentami, niestety zdawała się mieć rację. Jo była ciekawska, ale jakoś z reguły nie obejmowało to homo sapiens. Panna Shadowblade szybko porzuciła rozmyślanie, skąd to wynika i skupiła swoje myśli na Huncwotach. Gdzieś w środku gryzło ją sumienie, albowiem miniony tydzień rzucił na cały kwartet nieco światła, które dość mocno pokazywało, że dziewczyna ocenia ich nader powierzchownie. Zdawało się jej, że James zgrywa się, uganiając za Evans i chce ją tylko dlatego, że ona okazuje mu pogardę. A tu taka niespodzianka... James zabujany po uszy, a może bardziej. Łagodny Remi, nagle stanowczy i uparty, robi eliksir na Ślizgonów. Czy on był takim samym rozrabiaką, jak jego przyjaciele, tylko do tej pory nie zwróciła na to uwagi?! Black lepiej dogaduje się ze skrzatami domowymi niźli rodzicami. I tylko Peter zdawał się ciągle być tylko Szczurkiem. Schematy... Jakże łatwo nimi myśleć. Wyrobić sobie o kimś opinię i nie dbać, czy jest ona prawdziwa. Świat nie był czarno-biały ciągle chyba jednak nie dostrzegała wszystkich odcieni szarości, jakie przybierał, nazbyt czasami upraszczając rzeczywistość. A przecież mimo że zdawała sobie sprawę, że czasami zachowuje się jak idiotka, to jednak za takową się nie uważała. Westchnęła przeciągle. Miarowy stukot kół usypiał. Za oknem śnieg wirował na tle zieleni igieł i czerni kory umykających drzew. Im bardziej zbliżali się do miejsca przeznaczenia, w tym bardziej lesiste tereny wtaczał się pociąg. W jej głowie znowu pojawiły się aż nazbyt szczere słowa Sary... że skupia się tylko na sobie, że użala się, że siedzi tylko w nauce, a przecież sama wzięła to sobie na głowę, że... Bolały. Chyba dlatego, że panna Shadowblade ze zdumieniem odkrywała, że być może są dość bliskie prawdy. Bardzo ciężko przełknąć myśl, że jest się osobą skupioną na samej siebie, tak zwanym „pępkiem świata”. Jo wcale nie uważała się za pępek świata. Chciała głośno protestować, że przecież interesują ją inni, że przecież pomaga, jeśli potrafi, że... Nie powiedziała jednak nic. I tak dwie współlokatorki rozstały się w gniewie, a przynajmniej urazie płynącej z jednej strony. Teraz, na spokojnie, Jo usiłowała to wszystko przeanalizować, dojść, ile w słowach Sary jest prawdy, której nie chce zaakceptować i co tak właściwie chce zmienić w swoim życiu, jeśli dokonane odkrycia jej się nie spodobają. * Koła pociągu zapiszczały przeciągle, wyrywając Jo z rozmyślań pod tytułem: „Dlaczego Black aż tak mnie irytuje?”, i prawdopodobnie przeszkodziły w dojściu do jakiegoś wiekopomnego odkrycia. Dziewczyna wyjrzała przez okno i poniewczasie zorientowała się, że to jej stacja. W biegu porwała plecak i rzuciła się do drzwi. Rozległ się przeciągły gwizd, informujący podróżnych, że pociąg zaraz odjedzie ze stacji. W ostatniej chwili wyskoczyła na peron, trafiając wręcz idealnie w zaspę. W tym samym momencie pociąg ruszył. Odetchnęła z ulgą. - Pomóc? – spytał ktoś, wyciągając do niej przyjaźnie rękę. - Dzięki – odparła i skorzystała z pomocy. Gdy już znalazła się w pozycji pionowej, zaczęła się energicznie otrzepywać ze śniegu, przy okazji dokonała odkrycia, że chyba zapomniała rękawiczek. W końcu uniosła wzrok na chłopaka. W niebieskich oczach kryło się rozbawienie, a spod zielonej czapki wystawały rude kosmyki. Był wysoki i szczupły, a wręcz chudy, i nawet gruba puchowa kurtka nie była w stanie tego ukryć. - Dziękuję – powiedziała jeszcze raz Jo, po czym uśmiechnęła się i ruszyła przed siebie. Śnieg na szczęście tutaj nie padał. Zimowe dni były bardzo krótkie. Gdzieś daleko w chmurach dało się dostrzec czerwony odblask, sugerujący, że słońce już zaszło, a więc za chwilę zapadnie zmrok. Musiała się pośpieszyć, jeśli nie chciała spacerować w całkowitych ciemnościach. Przeszła szybko przez kilka peronów, minęła mały dworzec i weszła na główną ulicę miasteczka. Dopiero po kilkunastu metrach dotarło do niej, że ktoś za nią idzie. Początkowym odruchem przyśpieszyła kroku. Jednak ciągle słyszała ciche kroki tuż za sobą. W końcu przystanęła i odwróciła się. W niebieskich oczach błyszczało coraz większe rozbawienie, sugerujące, że ich właściciel zaraz wybuchnie śmiechem. - Dlaczego za mną łazisz? – warknęła z pretensją i niby wojowniczo. - Zdaje się, że coś zapomniałaś – odpowiedział chłopak, wyciągając przed siebie jej plecak. Blondynka spłonęła rumieńcem zakłopotania i szybko porwała plecak z jego rąk. - Dzięki – wyszeptała, wbijając wzrok w czubki butów i marząc, by odwrócić się na pięcie i jak najszybciej stąd zniknąć. - Nie ma sprawy. - Eee.. to ja już pójdę – rzuciła i postanowiła zrealizować swoje maleńkie marzenie. Panna Shadowblade tak przyśpieszyła kroku, jakby chciała dorównać najsłynniejszym chodziarzom. Droga wiła się pod górę, mijając małe domki przykryte półmetrowymi kapami śniegu. Gdzieś w oddali majaczyła wieża kościoła, wokół którego można było zauważyć kilka wyższych budynków, prawdopodobnie ratusz i parę sklepów. Heath było naprawdę małym miasteczkiem. Szybkie tempo marszu i ciągle odczuwalne zażenowanie sprawiło, że Jo nie odczuwała zbytnio zimna, mimo że temperatura coraz szybciej spadała. Droga była kiepsko odśnieżona, a śnieg ślizgał się pod butami blondynki. W końcu stało się nieuniknione, dziewczyna straciła równowagę i dość malowniczo upadła na tyłek. - Pomóc – usłyszała głęboki głos tuż obok głowy, gdy usiłowała z marnym skutkiem wstać. - To znowu ty – mruknęła, ale pozwoliła sobie pomóc. Czemu on za mną tak łazi??? - Jak daleka droga cię czeka? – zapytał. - A dlaczego pytasz? - Bo zastanawiam się, czy dojdziesz – rzucił żartobliwie. Blondynka prychnęła rozzłoszczona. - Poradzę sobie. - Jestem Tim – podjął chłopak i wyciągnął w jej kierunku dłoń. Była szczupła i zaczerwieniona od mrozu, długie, szczupłe palce budziły chęć zapytania, czy gra na fortepianie. - Jo – mruknęła i uścisnęła jego dłoń. - Powiedz mi Jo, co ty robisz na tym końcu świata?! - To jeszcze nie kraniec świata. - A gdzie niby ma być? - Jakieś pięć kilometrów stąd – odparła. Dziewczyna zawsze uważała, że Silverwood to już tego rodzaju miejscowość, gdzie diabeł mówi dobranoc i po prawdzie nie myliła się za bardzo. - To w takim razie, po co zmierzasz na kraniec świata? - Do babci. - Aha... Rozmowa się urwała i słychać było tylko szuranie butów, i nieco przyśpieszone oddechy. - A ty gdzie idziesz? – przerwała w końcu ciszę Jo. - Do Silverwood. - A więc też na koniec świata. Rozmowa znowu się urwała. Dziewczyna zdecydowanie wolałaby iść bez towarzystwa. Nie wiedziała, o czym z nim rozmawiać, nie lubiła też tej krępującej ciszy, jaka zapada między ludźmi, którzy nie mają sobie wiele do powiedzenia. Szli w milczeniu. Z czasem jedno lub drugie próbowało podjąć rozmowę, która szybko się urywała. Jo odetchnęła z ulgą, gdy w końcu zmuszona była skręcić w drogę prowadzącą do babci. * Dom Eleonory McKinnoy był oddalony od Silverwood o jeszcze jakieś dwa kilometry. Przytulony do zbocza, prawie się z nim zlewał. Tylko unosząca się smuga dymu oznajmiała, że nie jest to kolejny, olbrzymi głaz przysypany jeszcze większą ilością śniegu. Jo sapała jak koń pociągowy drepcząc pod górę w śniegu sięgającym jej kolan – a to była wydeptana ścieżka! Gdyby wpadła w zaspę, pewnie trudno byłoby się jej z niej wygrzebać. Dziewczyna zawsze się zastanawiała, czy to babcia, czy może jednak dziadek miał tak durny pomysł, by się tutaj osiedlić. Dziadka nigdy nie znała, umarł wiele lat wcześniej przed jej urodzeniem. A ani jej matka, ani babka nie chciały o nim mówić, jakby wspomnienia ciągle były zbyt bolesne. Elen regularnie proponowała swojej matce, by przeniosła się do nich albo chociaż bliżej cywilizacji, staruszka jednak stale odmawiała. Twierdziła, że póki się rusza, to żyje i sobie poradzi, a jak już przestanie, to mają jej pikną trumnę znaleźć. - Drogie dziecko! W końcu! – usłyszała Jo znajomy ciepły głos i uniosła głowę. W drzwiach stała Eleonora z szeroko otwartymi ramionami. Blondynka bez zastanowienia pobiegła przed siebie i wpadła w jej objęcia, jak już miliony raz wcześniej. Niespodziewanie poczuła, że jest w domu. Przez uchylone drzwi wpadał cudowny zapach jakieś słodkiego placka. Ze śliwkami – pomyślała Jo, niuchając powietrze jak pies. - Jennifer, pokaż mi się – powiedziała staruszka i chwyciła dziewczynę na długość swoich ramion. - Aleś ty urosła! Ale ciągle taka chuda, nie karmią cię w tej szkole? - Babciu, ile razy cię prosiłam, żebyś nie mówiła na mnie Jennifer?! - prychnęła z irytacją Jo. - Ja nie rozumiem, co ci się nie podoba w tym imieniu – podjęła Eleonora, wciągając wnuczkę do domu i zamykając drzwi. Już po chwili Jo siedziała przy stole z pełnym talerzykiem placka ze śliwkami i gorącą herbatą. Kuchnia wyglądała tak, jak zawsze. Wielki piec do gotowania, w którym paliło się węglem. Pod sufitem kępy ziół, rondle, patelnie, jakieś łyżki. Bielone ściany i drewniana podłoga z małą matą obok stołu. W kredensie pełno słoi z makaronami, kaszami i różnego rodzaju przetworami. Jedynym przejawem nowoczesności zdawała się być niewielka lodówka, która już i tak miała swoje lata i buczała obłąkanie, za każdym razem, jak włączał się mechanizm chłodzący. Jo siedziała na ławce przy oknie i popijając herbatę, zerkała przez koronkową firankę na zewnątrz. Powoli zapadał zmrok, fioletowe cienie kładły się na śniegu, a gdzieś w dole błyszczały światła Silverwood. Wioska miała jeden sklep i dwie gospody, chętnych do odwiedzenia tych ostatnich przybytków nigdy nie brakowało. - Opowiadaj – powiedziała Eleonora, gdy w końcu przestała się krzątać i usiadła przy stole. * Kilka godzin później, gdy kury zostały już nakarmione i zagonione do kurnika, koza wydojona, a króliki dostały kolejną porcję siana, babcia i wnuczka usiadły obok siebie na kanapie przed kominkiem. Jo westchnęła z błogością po sytej kolacji i ułożyła się wygodniej, wtulając w wielką poduszkę. Ogień trzaskał wesoło i rzucał ciepłą poświatę na pokój. W tak zwanym salonie poza kanapą, dwoma fotelami i stolikiem, przy oknie stał jeszcze mały sekretarzyk. Na wysokim po sufit regale tłoczyły się książki, a wszędzie, gdzie się dało, stały doniczki z kwiatami i leżały koronkowe serwetki. Na obramowaniu kominka stał ozdobny wazon, stary zegar, który już od lat nie chodził dobrze i kilka ramek z fotografiami. Z jednej z nich spoglądał wysoki, postawny mężczyzna. Trzymał on siekierę w dłoni, a obok niego było wiele porąbanych klocków drewna. W tle było widać góry, a w prawym rogu fotografii małą dziewczynę trzymającą w dłoni procę. Jo za każdym razem, gdy spoglądała na tę fotografię, czuła jakieś rozczulenie, ale też nigdy nie potrafiła dopatrzyć się w małej psotnicy swojej matki. Czasami się zastanawiała, czy jak dorośnie, to też tak bardzo się zmieni, że ktoś patrząc na jej fotografie z dzieciństwa, powie: „Przecież nie może być. To nie jest Jennifer Shadowblade”. Eleonora szydełkowała. Spracowane i pomarszczone dłonie poruszały się szybko i z wprawą. Zza okularów wyglądały takie same szaro-niebieskie oczy, jak Jo, o spojrzeniu bystrym i przenikliwym. Twarz miała pomarszczoną niczym zeschnięte jabłko, jednak zmarszczki układały się tak, że od razu było widać, że ma się do czynienia z osobą pogodną i pełną ciepła, która w młodości ciągle się śmiała. Zaczesane w kok włosy z roku na rok stawały coraz bielsze i zaledwie parę kosmyków kontrastowało ciepłym brązem z resztą. Jo zerkała co jakiś czas na babcie, by gdy tylko ta spoglądała na nią, szybko odwrócić wzrok. - Jennifer, drogie dziecko, chcesz mi coś powiedzieć? - spytała w końcu Eleonora, przerywając szydełkowanie i spoglądając wyczekująco na wnuczkę. Dziewczyna westchnęła głęboko i wlepiła wzrok w kominek. - Co cię dręczy? Kolejne ciężkie westchnięcie. Eleonora ze zdumieniem zaobserwowała, że jej wnuczka się denerwuje. To wyłamuje nerwowo palce, to zaciska rękę na oparciu kanapy. - Słyszałam, jak mama kłóci się z ciotką Jennifer – podjęła Jo. Serce zaczęło jej nerwowo bić, a w gardle rosła jakaś gula. - To rzeczywiście coś nowego – przyznała staruszka. - Elen... - Babciu – jęknęła dziewczyna. - Już ci nie przerywam. - One się kłóciły o mnie – wyrzuciła z siebie Jo. - O ciebie?! - TAK! Dlaczego nie powiedzieliście mi, że jestem adoptowana?! – wykrzyknęła z pretensją, a przy ostatnich słowach głos jej się załamał i szybko odwróciła wzrok od czujnego spojrzenia babci. - Kto ci takich bredni naopowiadał?! - podjęła szybko Eleonora. - Babciu przestań!!! Przez chwilę mierzyły się wzrokiem, po czym staruszka westchnęła ciężko. - Czego się dowiedziałaś? - Że jestem diabelskim podrzutkiem – odpowiedziała. - Ach... Jennifer i jej cięty język – westchnęła kolejny raz, po czym zdjęła okulary i przetarła oczy. Na jej twarzy malowało się zmartwienie i wyglądała, jakby się znacznie postarzała w ciągu tych paru chwil. - Co chcesz wiedzieć? - Kim są moi prawdziwi rodzice? - wyszeptała dziewczyna, przyciągając kolana pod brodę i obejmując je rękami. - Moje dziecko... - Próbowała pogłaskać po włosach dziewczynę, ale ta szybko się odsunęła. - Odpowiedz! - Nie wiem, Jennifer. - Jak to? - Nikt nie wie. Miałaś dwa latka, jak znaleziono cię błąkającą się po ulicy, zagłodzoną i przemarzniętą. - Kto mnie znalazł? - Twoja matka. - Przygarnęła mnie z litości. Tak jak zajmuje się tymi wszystkimi bezpańskimi zwierzętami... - Jo, dziecko, to nie tak – westchnęła staruszka, kładąc swoją dłoń na ręce dziewczyny. - A jak?! - Ona cię pokochała! Rodzice cię kochają. - To dlaczego nic mi nie powiedzieli?! Dlaczego okłamywali mnie przez tyle lat?! Gdyby nie ta awantura dalej nic bym nie wiedziała! - W szaro-niebieskich oczach błyszczały łzy żalu, urazy i rozczarowania. - Bali się. - Czego?! - Że cię mogą stracić. - Przecież mnie adoptowali! - Oczywiście. Trwało to długo, ale w końcu twój ojciec ma swoje układy. - To czego się niby bali? - Że nagle znajdą się twoi rodzice i będą cię próbowali im odebrać. Że jak dowiesz się prawdy, to już nie będziesz chciała z nimi być... - Bez sensu! - Moje dziecko, w strachu z reguły nie ma wiele sensu. Jo zamilkła. Gorycz rozczarowania piekła nieziemsko. Gdzieś w głębi duszy chyba wierzyła, że babcia wszystkiemu zaprzeczy, powie, że ciotka Jennifer kłamała. Że to są jej rodzice. Nagle poderwała się gwałtownie i pobiegła do łazienki. Usiadła na sedesie, wtuliła twarz w ręcznik i zaczęła rozpaczliwie płakać. * Eleonora przystanęła przed drzwiami do łazienki jakby chciała zapukać i wejść, w końcu jednak zrezygnowała i poszła do kuchni. Nalała mleka do garnka i postawiła na blasze. Otworzyła drzwiczki pieca, przegrzebała żarzące się węgle i dosypała nowych. W końcu wzięła miotłę i zaczęła zamiatać podłogę. * Jo odetchnęła z ulgą, gdy babcia jednak nie weszła do łazienki. Wstała, położyła ręcznik i spojrzała w lustro. Na twarzy wyskoczyło jej pełno czerwonych plam i miała przekrwione oczy, zawsze wyglądała okropnie, kiedy płakała. Odkręciła kurek i zanurzyła dłonie w zimnej wodzie, a potem obmyła twarz. Przez kilka chwil patrzyła na siebie w lustrze. Czas się wziąć w garść, panno Shadowblade – mruknęła do siebie i spojrzała stanowczo na własne odbicie. - Są większe nieszczęścia na świecie niż bycie adoptowanym! Uśmiechnęła się do siebie, jakby na próbę. Wyszła z łazienki, zgasiła światło i przeszła do kuchni. - Zrobiłaś kakao? Mogę dostać trochę? - spytała jak gdyby nigdy nic ze swoim standardowym uśmiechem. Ciepłym uśmiechem odziedziczonym po babci, jak wszyscy mówili. * Czas płynął niespiesznie. Jo miała wrażenie, że o wiele wolniej i spokojniej niż w Hogwarcie, ale tak zawsze było w Silverwood. Sprzątanie, karmienie kur i królików (babcia zajmowała się kozą, która była istotą wyjątkowo wredną), gotowanie i czytanie książek. Eleonora miała nawet telewizor, w którym namiętnie oglądała programy o gotowaniu i jakieś durne – zdaniem Jo – seriale. Panna Shadowblade wzięła oczywiście ze sobą takie lektury, jak „Historia magii”, która to ciągle leżała gdzieś na dnie plecaka. „Tajemnice eliksirów” zostały w Hogwarcie, wiedziała, że jak będzie miała wybór, to nigdy nie sięgnie po historię, której musiała się w końcu zacząć uczyć! Złudne nadzieje jednak, zapomniała, że jej babcia miała mnóstwo książek. Temat adopcji już nie wypłynął. Obie chyba postanowiły uznać go za niebyły. Pomimo jednak tej swoistej ospałości Sliverwood, święta szybko przeleciały i tylko pięknie przybrana choinka była ich wspomnieniem. Był sylwestrowy wieczór. Pierwszy raz od kilku dni śnieg przestał sypać, a zza chmur wyjrzał blady skrawek księżyca. Wiało przeraźliwie, jak, zdaje się, zawsze w tych górach. Jo wzdrygała się co jakiś czas, gdy wyjątkowo silny podmuch uderzył w okna, jakby chcąc je otworzyć i dostać się do środka. Dziewczyna siedziała skulona na kanapie i czytała książkę. Po chwili do salonu weszła Eleonora z dwoma kubkami kakao i pierniczkami. Nawet różowy szlafrok w żółte kwiatki nie wyglądał na niej śmiesznie. Po prostu z całej postawy staruszki promieniowała swoista godność. - Dziękuję – odpowiedziała Jo, gdy babcia wręczyła jej kubek kakao. Napój był gorący i słodki, jednym słowem idealny na długie zimowe wieczory. - Historia magii? - spytała ze zdziwieniem Eleonora, zerkając na lekturę swojej wnuczki. - Niestety – mruknęła smętnie Jo. – Najnudniejszy przedmiot pod słońcem. - To na pewno odziedziczyłaś po mnie. Zawsze nie znosiłam historii – podjęła spokojnie, jednak gdy tylko wypowiedziała te słowa, zrozumiała swój błąd. W powietrzu zawisła pełna zakłopotania cisza. Gęsta i nieprzyjemna, jakby twór materialny, który da się pokroić nożem. Cisza rozumiana jako względny brak dźwięków, zdecydowanie nie oddawała atmosfery, jaka nagle zapanowała w salonie. W końcu Jo zakaszlała, jakby zbierając się na odwagę, by coś powiedzieć. - Mam wyjątkowy talent do zaklęć – podjęła tonem zdumiewająco posępnym, jak na tego typu wiadomość. - A czy to zła rzecz? - Nie wiem... ale to takie trochę... - Niepokojące? - Tak – odparła blondynka, podnosząc wzrok znad książki. – Chciałabym wiedzieć, skąd on się wziął. – W jej głosie zabrzmiała tęsknota. Eleonora przez dobrych kilka minut nie wiedziała, co powiedzieć. - Może nadejść dzień, kiedy będzie on bardzo przydatny - podjęła w końcu. - Zostanę bohaterem ratującym świat. – Jo ryknęła śmiechem na myśl o podobnym idiotyzmie. Nie widziała się w roli bohatera. - Czasami jedno życie to cały świat – odpowiedziała tajemniczo staruszka. Jo się zamyśliła. Zanim trafiła do Hogwartu, była pewna, że w przyszłości chce tutaj zamieszkać. Znała się na ziołach, miała ten swoisty dryg do mikstur i chciała pomagać ludziom, tak jej babka. Nie potrzebowała wielkiego świata, wolała spokój gór. Zawsze była przekonana, że to jest jej miejsce. Czy było tak na pewno?! * Jo przekręcała się z boku na bok, próbując zasnąć. Z kuchni dochodziło miarowe chrapanie, a o wiatr ciągle huczał w kominie, szarpał oknami i straszył, że za chwile cały dom porwie w swój szalony taniec. W tej swoistej harmonii dźwięków nagle rozległ się jeszcze jeden. Przez długą chwilę dziewczyna nie potrafiła go rozpoznać, w końcu zrozumiała, że to ktoś dobija się do drzwi wejściowych. Szybko wstała i zarzuciła na sobie szlafrok. Podobnie jak babci i ten był w różowy w żółte kwiatuszki, tegoroczny świąteczny prezent. Przeszła przez salon, weszła do przedsionka i stanęła niezdecydowana przed drzwiami. Ktoś znowu w nie załomotał. Jak ktoś już coś chciał od jej babki, to pukał w kuchenne drzwi, a nie frontowe. To było trochę niepokojące. Shadowblade nie bądź tchórzem, to nie przystoi - mruknęła do siebie, sięgając do zamka. Po chwili drzwi stały otworem, a do środka wpadł chłopak. - Pani McKinnoy!!! Moja mama... - wyrzucał z siebie słowa, tak zadyszany, jakby przez całą drogę biegł. - Tim? - Jo z niedowierzaniem rozpoznała rude włosy. Chłopak w końcu spojrzał na osobę, która otworzyła mu drzwi. - Co ty tu robisz? - Jennifer, kochanie, kto się tak do drzwi dobija? – gdzieś z tyłu dobiegł ich głos Eleonory. - Pani McKinnoy, moja mama rodzi! - wykrzyknął chłopak, dostrzegając staruszkę. - Jak długo? - podjęła szybko Eleonora, wchodząc do sieni. - Nie wiem... długo.. - Jennifer, spakuj moją torbę, ja pójdę się ubrać. A ty, chłopcze, wejdź do środka! Nie będziesz przecież tak w sieni stał! * Panna Shadowblade zapaliła światło i weszła do małego pomieszczenia. W pokoju dominowały półki i szafy, pełne różnego rodzaju butelek, kolb, słoików, a nawet garnków. Przy małym oknie, teraz szczelnie zakrytym grubą kotarą, stał wielki stół. Na nim leżała sporej wielkości czarna torba. A obok moździerze, miski, kubki, zioła, korzenie, a nade wszystko panował swoisty bałagan. Jo podeszła szybko do torby, zerknęła na zawartość, a potem z wprawą zaczęła przeszukiwać szafki, zbierając różnego rodzaju mikstury. Dobijanie się w środku nocy nie było niczym dziwnym. Jo po tylu wakacjach spędzanych u babki była przyzwyczajona do tego, że ludzie zawijali tu o każdej porze dnia i nocy. To komuś krowa nie mogła się ocielić, to ktoś sobie palec przeciął albo też bardzo potrzebował po prostu pogadać. Jednak poród? To się nie zdarzało często. W końcu były szpitale. A i młodzi ludzie w tych okolicach bywali tylko na wakacjach. Jo otworzyła szufladę komody i zaczęła przegrzebywać papierowe torebki, w których babka trzymała zioła. Eleonora McKinnoy znała się na ziołach. Tak jak jej matka, babka, prababka, a wcześniej matka prababki i tak dalej. Wszystko dla zdrowia i urody - mawiała czasami, gniotąc jakieś jagody w miseczce i przekazując swoją wiedzę wnuczce. Eleonora zawsze była wdzięczna losowi za Jennifer. Jej własne córki zdaje się, że nie odziedziczył ani krztyny zainteresowania ziołami. Co z tego, że Elen została lekarzem, jak na samą nazwę rumianek dostawała alergii i wierzyła tylko w zbawczą moc antybiotyków. A mała Jennifer już w wieku sześciu lat znała wszystkie lecznicze rośliny w okolicy i wiedziała, co z nich można przygotować. Czasami Eleonora marzyła, że gdy Jo skończy szkołę, to przeniesie się tutaj i będzie jej pomagać. A może nawet zamieszka na stałe. To było głupie i samolubne marzenie starej baby, jak to sobie od razu tłumaczyła. Teraz na wsi już nikt nie chciał mieszkać. Wszyscy uciekali do miast. W Silverwood ostało się zaledwie parę rodzin i to głównie staruszkowie, którzy byli zbyt starzy, by się przeprowadzić, nie wspominając, że w ogóle nie chcieli. Kiedyś ktoś taki jak lekarz w tych stronach to było niezwykle egzotyczne stworzenie i w sumie nic się nie zmieniło, a to dlatego, że nie było kogo leczyć. Zbyt mało ludzi mieszkało w Silverwood czy okolicznych wioskach, by jakiemukolwiek specjaliście chciało się przeprowadzać na takie zadupie. Zawsze byli jednak McKinnoyowie. Eleonora westchnęła ciężko, szukając płaszcza. A kto pozostanie tutaj, jak ona umrze?! Teraz, gdy Jennifer wie o adopcji, to już zupełnie nic jej tu nie trzyma. - Jennifer nie zapomnij wziąć krwawnika! - Wiem! Jo wyciągnęła jedną z torebek, na których pisało „krwawnik”, dla pewności zerknęła do środka i powąchała, po czym schowała do torby i wyszła ze spiżarni. - Masz wszystko? - Tak. Nalewka przeciwbólowa, maść z nagietka na regenerację ran, herbatkę z chmielu, melisy i rumianku na sen... - Dobrze. Ubieraj się. Ja już idę. Młody Knight na ciebie poczeka. - Ale... - podjął chłopak, podrywając się na nogi, ale ostre spojrzenie staruszki szybko usadziło go na miejscu. - I, Jennifer, weź jakieś prześcieradła. Tak na wszelki wypadek. Kiwnęła głową. Ciężko było się doszukać trzpiotowatej Jo w tej młodej, poważnej i skupionej dziewczynie. * Jo oczywiście słyszała o Knightach. Eleonora uważała to za zabawną ironię losu, że największy moczymorda w okolicy ma na nazwisko „rycerz”. Frank Knight potrafił tylko pić, bić się i robić dzieci. Podczas ostatnich wakacji słyszała o siódemce, ale, jak widać, ich liczba znowu miała się zwiększyć. Ubrała się szybko, zapakowała do plecaka dwa czyste, białe prześcieradła i weszła do kuchni. - Możemy iść – podjęła, podchodząc do drzwi kuchennych – tylnego wyjścia z domu. Tim z dziwną niechęcią spojrzał na blondynkę, ta jednak tego nie zauważyła, już wychodząc z domu. - Nie zamykasz? - spytał zdziwiony. - Kuchenne wejście jest zawsze otwarte – odparła ubierając rakiety śniegowe. Gdy tylko wyszli zza zabudowań, wiatr uderzył ich z całą siłą. Jo zachwiała się, ale szybko odzyskała równowagę i ruszyła przed siebie. Po wydeptanej ścieżce nie było śladu. Wiatr przeganiał zarówno chmury na niebie jak i sypki śnieg, usypując zasypy podle własnej woli. Chłopak szybko wyprzedził dziewczynę, która przy coraz silniejszych podmuchach z trudem utrzymywała równowagę. W końcu weszli w gęsto zarośnięty odcinek lasu, więc i wiatr złagodniał, a tempo marszu się zwiększyło. Minęli bokiem wioskę i po kilkunastu minutach dotarli w końcu do miejsca przeznaczenia. Jo z trudem powstrzymała jęk, zerkając na „dom” znajdujący się tuż przed nią. * Rzeczony dom wyglądał bardziej jak rozlatująca się szopa niż miejsce zamieszkania ludzi. Tim już wchodził do środka, więc Jo czym prędzej podążyła za nim, nie pozwalając sobie na zbyt długie zastanawianie się, ile podmuchów wiatru to coś jeszcze wytrzyma. Gdy tylko przekroczyła próg, przywitał ją niesamowity harmider, głośne krzyki, jęki i taka różnorodność zapachów, że prawie zwalała z nóg. - Jennifer, zajmij się dzieciakami! – Usłyszała stanowczy głos. – Mają iść spać! Tim niech ci pomoże. W takim sytuacjach łagodna Eleonora zmieniła się niespodziewanie w generała niepodzielnie rządzącego polem bitwy, a każdy w zasięgu jej wzroku był szeregowym, zobowiązanym natychmiastowo wykonywać rozkazy. Jo zerknęła na czwórkę dzieci w izbie w wieku od, na oko roku, do sześciu lat, zajętych raczkowaniem, biciem się, krzyczeniem lub też płaczem, po czym bez wahania skierowała się do czarnej, babcinej torby. - Potrzebuję duży garnek wody – powiedziała do chłopaka, wyciągając paczkę ziół. Niespodziewanie poczuła szarpnięcie za kurtkę. - Jesteś dziewczyną Tima? – spytał rudowłosy aniołek. Niezwykle umorusany rudowłosy aniołek. - Jenny, przestań pleść bzdury! – warknął chłopak, natychmiastowo pokrywając się szkarłatnym rumieńcem. Dziewczynka zmierzyła badawczym wzrokiem blondynkę. - Nadałaby się. Choć trochę chuda. - Jenny, plecieś bzuri, Tim nie lubi dziefciń – wymamrotały, zdaje się jednocześnie dotychczas namiętnie się okładające bliźniaki. Chłopcy mogli mieć ze dwa lub trzy latka. Drzwi do izby się otwarły i weszła jeszcze jedna rudowłosa osóbka z naręczem drew na rękach. - Tim, rusz dupsko i mi pomóż! – warknęła dziewczyna, zrzucając drwa tuż obok pieca. – Jenny, miałaś się zająć Benem! – Pięciolatka pokazała język starszej siostrze i szybko uciekła. Dziewczyna podniosła malca z podłogi i dopiero wtedy zauważyła jeszcze jedną osobę w izbie. – A ty kim jesteś?! – spytała napastliwie, przeszywając drobną blondynkę na wskroś spojrzeniem stalowych oczu. - Jennifer Shadowblade, wnuczka Eleonory McKinnoy – mruknęła, wskazując w róg pokoju. Na ułamek sekundy w pokoju zaległa cisza, a dwie dziewczyny mierzyły się jakby szacująco spojrzeniami. Pojedynek ten przerwał głośny i ochrypły jęk bólu. - Mamo!!! - Jennifer, do diabła! Chyba mówiłam, żebyś się zajęła dzieciakami! * Kilkanaście minut później Jo westchnęła ciężko, gdy malcy w końcu zasnęli pod wpływem słynnej babcinej herbatki. Z izby obok raz po raz dochodziły jęki. Jo mimo usilnych próśb nie udało się namówić Mary (bo tak bowiem miała na imię najstarsza z córek Knightów) na herbatkę i sen. Tim znikł gdzieś, prawdopodobnie po drewno. Ojca dzieci nigdzie nie było widać, za co, po prawdzie, Jennifer dziękowała losowi. Miała okazję tylko raz przypadkiem go spotkać i zdecydowanie nie chciała więcej. - Jennifer!!! – Na wołanie Eleonory podniosła się także Mary. - Zostań tutaj! – powiedziała Jo, starając się na równie stanowczy ton głosu, jak jej babka. - Ale... - Nic tam nie pomożesz, a dzieci wymagają opieki – odparła i szybko wyszła. Wiatr cały czas szarpał chatą, wciskał się w każdą szczelinę w deskach i wył przeraźliwie w kominie. - Wygotowałaś nożyce, jak cię prosiłam? - Tak. - I zagotowałaś wodę. - Tak. - Dzieciaki śpią? - Tak! - Świetnie. Umyj ręce i podejdź tutaj. Coś w głosie staruszki zaniepokoiło Jo, jednak szybko wykonała polecenie. Nigdy nie brała udziału w porodzie. Znaczy się, ludzkim porodzie. W Silverwood i okolicach z reguły rodziły się owce, czasami krowy czy kozy, dzieci bardzo rzadko. Czując głęboką niepewność, podeszła w końcu do łóżka, które do tej pory starannie omijała spojrzeniem. Pierwszym, co rzuciło się jej w oczy, była krew. Mnóstwo krwi. Dopiero potem zauważyła zmęczoną i zlaną potem kobietę, i zmarszczone w niepokoju brwi babki. - Potrzebuję twojej pomocy – powiedziała stanowczo Eleonora, patrząc w skupieniu na swoją nieco pobladła wnuczkę. - Tak? – spytała niepewnie. - Dziecko się źle ułożyło, a moje ręce nie są już takie, jak kiedyś... – westchnęła staruszka, a Jo dopiero teraz zauważyła, jak bardzo artretyzm powykręcał jej palce.- Pamiętasz, jak wtedy było z tą klaczą? - Jo bardzo głośno przełknęła ślinę i kiwnęła głową. – Musisz zrobić to samo. W głowie tłukło się jej jak szalone wspomnienie tamtej nocy i słów babki – „jeśli tego nie zrobisz, źrebię umrze”. A więc to dziecko też mogło... Udusi się, jeśli... Źrebię miało wtedy owiniętą pępowinę wokół szyi, Jo nie wiedziała, jakim cudem mogło to się stać. Więc jeśli teraz było tak samo... to babka kłamała. Może żeby nie denerwować bardziej matki. Serce zaczęło jej łomotać jak szalone, zaschło w ustach, a ręce zaczęły drżeć, gdy usiadła na łóżku, usilnie próbując nie patrzyć tam... Słodki zapach krwi kręcił ją w nosie. Boże, jak ona nienawidziła krwi. Zamknęła oczy. Nie mogła się zmusić, by tam patrzeć. Kobieta oddychała chrapliwie i pojękiwała, jakby u kresu sił. Dawne słowa odżyły znowu w jej pamięci. Nie myśl, zrób to szybko! Nie chciała! To było obrzydliwe! – gdzieś w głębi ducha pozwoliła sobie na szczerość, sama ze sobą. Robiło się jej niedobrze na samą myśl. Ta część pomagania ludziom jakoś nigdy do niej nie przemawiała. Ale przecież chciała pomagać? Prawda?! Shadowblade, weź się w garść – warknęła sama do siebie. – Musisz to zrobić! Babka liczyła na nią. Nie mogła jej zawieść. Wyciągnęła rękę przed siebie. * - Jo, idź po nożyczki! – popchnęła dziewczynę w kierunku pieca. Jo wstała jakby zupełnie nieświadoma tego, gdzie się znajduje – Alice, przyj! Jeszcze!!! Blondynka jak w transie patrzyła na pojawiające się w końcu dziecko. Na babkę obcinającą sprawnym ruchem pępowinę. - Umyj je! – usłyszała stanowcze polecenie i już miała w rękach małe, umazane krwią i pomarszczone stworzenie. Wcale nie wyglądało słodko i uroczo. – Na co czekasz! I klepnij je po plecach, musi zacząć płakać. – Jak mechaniczna zabawka wykonywała polecenia, nie chcąc słyszeć zdenerwowania w głosie babki, ani widzieć tej krwi, która... – Mocniej, na litość Boską, dziewczyno! Dziecko musi zacząć oddychać. Przerażona patrzyła niepewnie na to coś w jej ramionach. Uniosła niepewnie noworodka i jeszcze raz klepnęła po plecach. Nie podziało! Jak ona to miała, do jasnej cholery, zrobić?! Spojrzała spanikowanym wzrokiem na babkę, ta jednak zupełnie nie zwracała na nią uwagi. Dziecko w tej chwili było tylko jej problemem. Mocniej? Ale jeśli go uszkodzi. On jest taki malutki. Chciała zostawić gdzieś ten balast. Niech inni się nim zajmą. Przecież to nie jej dziecko. Czy ono sinieje?! Klepnęła jeszcze raz. Mocniej. W końcu w izbie rozległ się rozpaczliwy dziecięcy płacz. Jo westchnęła z ulgą. * Nastał późny poranek, nim w końcu dotarły z powrotem do domu. Eleonora wyraźnie zmęczona usiadła przy kuchennym stole, podczas gdy Jo sprawdziła, czy nie wygasło w piecu i postawiła czajnik z wodą na herbatę. - Świetnie się spisałaś – odezwała się staruszka, pierwszy raz od dłuższego czasu. - Wcale nie, trzęsłam się z przerażenia – odparła dziewczyna, jak przez mgłę pamiętając wydarzenia z nocy. - To nie ma znaczenia. Zrobiłaś to, co do ciebie należało. Bardzo ci dziękuję za pomoc. – Jo spojrzała niepewnie i z odrobiną zakłopotania na swoją babkę, która rzadko zdobywała się na pochwały. W jakiś sposób to, że ją chwali, wydało jej się niepokojące. – Jestem już chyba za stara na takie rzeczy – mruknęła ledwo dosłyszalnie Eleonora. - Nieprawda! – zaprotestowała głośno dziewczyna. - Czasu nie da się wiecznie oszukiwać, drogie dziecko. Ale to nie czas na takie rozmowy. Chodźmy spać, w końcu ty za kilka godzin wyjeżdżasz, a obiecałam cię odprowadzić. * Jo, już spakowana, ale zdecydowanie niewyspana, weszła do spiżarni, by odłożyć torbę babci i wszystkie mikstury na odpowiednie miejsca. Już wychodziła, gdy jakoś nieco zboczyła z prostego toru do drzwi i uderzyła w jedną z półek. Jęknęła głośno i chwyciła się za stopę. W tym samym momencie jakaś butelka na szczycie zachwiała się... By to szlag! Przemknęło jej przez myśl, gdy podskakując na jednej nodze, usiłowała złapać spadający przedmiot. Chyba należy określić mianem cudu, że jej się udało. W przeźroczystej fiolce połyskiwał niebiesko-zielony płyn. Jo zamarła ze zdziwienia i bez zastanowienia pociągła za korek. Pomieszczenie wypełnił natychmiastowo nieporównywalny z niczym innym aromat letniego południa. - Jennifer, bo się spóźnimy!!! W szoku zakorkowała butelkę i weszła na krzesło, dopiero jak stanęła na palcach, udało jej się wsunąć kolbkę na odpowiednią półkę. Odetchnęła z ulgą, gdy udało się odstawić eliksir. Zeszła z krzesła i szybko wyszła ze spiżarki. - Na pewno nie chcesz dżemu truskawkowego? – spytała Eleonora, zupełnie nie zauważając nienaturalnej bladości swojej wnuczki. - Nie, babciu. - No jak uważasz. Ubieraj kurtkę! Wiesz, że moje nogi już nie te, więc musimy wyjść wcześniej. - Tak, babciu – odparła mechanicznie, wkładając na siebie kurtę i zarzucając plecak. Eliksir regeneracyjny?! U babci? Ale jak to możliwe... Myśli krążyły w jej głowie jak szalone, gdy wychodziły z chaty. Słońce świeciło radośnie, lekki mróz szczypał policzki, a błękit nieba zniewalał. Eleonora ciągle coś mówiła, ale jej słowa umykały zupełnie pogrążonej we własnych myślach blondynce. - Jennifer, czy ty mnie w ogóle słuchasz? - Co? – Spojrzała zdezorientowana na babkę. - No właśnie! – sarknęła staruszka. - Babciu, jesteś czarownicą? – Słowa wymknęły się jej jakby bez użycia woli. - Jennifer, ile raz mam ci powtarzać, żebyś nie wierzyła we wszystkie brednie, jakie ludzie opowiadają. - Ale... - Pani McKinnoy! – Cokolwiek Jo chciała powiedzieć, utonęło w krzyku Mary Knight. – Z mamą jest coś nie tak! Pierwszy raz w życiu Jo miała ochotę kogoś zabić (pomijając oczywiście Blacka, ale on był poza jakąkolwiek klasyfikacją). Babka spojrzała na obie dziewczyny i westchnęła. - Zaraz idę! – powiedziała do rudowłosej. – Jennifer, moje dziecko, uważaj na siebie – dodała, mocno obejmując swoją wnuczkę. Po chwili już dreptała z powrotem do chaty w towarzystwie rudowłosej dwunastolatki. Jo westchnęła głęboko i ruszyła przed siebie. Wśród natłoku myśl niespodziewanie wypłynęła jedna... Znałem kiedyś osobę, która umiała przyrządzić taki eliksir regeneracyjny. komentarze [18] Wieści z redakcji - HP7 - sobota, 11 sierpnia 2007 19:07:08 A więc, rozdział XII się pisze, ale dość wolno. Chyba mój Wen postanowił zrobić sobie wakacje (no w sumie każdemu się należy). A ponieważ padała propozycja - to oto jest! W komentarzach wszyscy którzy przeczytali Harrego Pottera nr 7 mogą się dzielić swoimi wrażeniami, wylewać uczucia i spoilerować do woli. Zapraszam serdecznie! komentarze [4] Rozdział XI/3 – „There’s a moon over Bourbon Street tonight”, część trzecia. - wtorek, 31 lipica 2007 19:00:47 * Jo weszła do swojego dormitorium i skierowała się od razu do łazienki. Szybko zrzuciła z siebie ciuchy i weszła pod prysznic. W głowie łomotało jej nieziemsko, a pragnienie spalało równie mocno jak zażenowanie. Nie do końca pamiętała, co właściwie opowiedziała Remusowi, a świadomość, że spała do niego przytulona, sprawiała, że jej policzki od razu pokrywały się szkarłatem. Co on sobie o mnie myśli?! Nigdy więcej whisky!!! Zamknęła oczy i pozwoliła gorącym strumieniom wody spływać po swoim ciele. - Powinnaś się zdecydować na jednego. – Słowa Sary przyszpiliły ją wpół kroku pomiędzy łazienką, a dormitorium. - O czym ty znowu mówisz? - No, o tobie i Huncwotach! Zdecyduj się albo Black, albo Remus! - Saro, dobrze ci radzę, czytaj mniej romansów, bo życie naprawdę nie ma z nimi nic wspólnego – mruknęła i nie zerkając nawet na dziewczynkę, ruszyła w kierunku swojego łóżka. - Black na ciebie leci, Remus za chwilę się w tobie zabuja, a ty będziesz mi wylatywać z romansami. - Blacka nie obchodzę jako osoba, tylko coś, co chce mieć – westchnęła Jo i przypomniał się jej kolejny fragment rozmowy z Remusem. Jak spytała, czemu Syriusz myśli, że są parą. - Bo nie wyprowadziłem go z błędu. - Ale dlaczego? - Bo zasługujesz na coś więcej niż złamane serce. Chyba wtedy nakrzyczała na niego, że potrafi sama o siebie zadbać. Nie pamiętała tak do końca. Jednak to, że Remus potwierdził coś, co niby teoretycznie cały czas wiedziała, wcale jednak nie było miłe. No bo czemu by miała być miła świadomość, że jest się traktowanym jak rzecz, która się chce mieć, a nie osoba, z którą chce się być? Wtuliła głowę w poduszkę, zaciągnęła zasłony i przestała zwracać uwagę na kolejne słowa Sary. Pewnie się na nią obrazi, ale trudno. Nie miała najmniejszej ochoty wysłuchiwać wywodów jedenastolatki na własny temat i chłopaków w swoim otoczeniu. Za chwilę będzie musiała wstać, pójść na śniadanie, a później zajęcia, ale na to też nie miała najmniejszej ochoty. A szczególnie na spojrzenie Remusowi w twarz, gdy nie wiedziała, jak bardzo właściwie się przed nim odsłoniła. O jakże łatwo było zwierzać się pod wpływem alkoholu, a jakże trudno obudzić następnego dnia, ze świadomością, że się tyle mówiło. * Piątkowe zajęcia na szczęście przeleciały wyjątkowo szybko i Jo powędrowała w kierunku szklarni. Oczywistym było dla niej, że gdy tylko wkroczy na tereny panowania białowłosej, to ta zagoni ją do jakieś roboty i nie pomyliła się. Po jakieś piątej otrzymanej doniczce do przesadzenia, postanowiła przejść do konkretów. - Mi, potrzebuję mandragory – rzuciła Jo, walcząc zażarcie z wijowcem, który wyraźnie nie życzył sobie zostać przesadzonym. - Na Godryka! Po co ci znowu mandragora? – zdziwiła się Mirabel. Dziewczyna uśmiechnęła się tylko tajemniczo, po czym warknęła ostrzegawczo na wijowca, uklepując dłonią ziemię w nowej doniczce. - Dobra, może nie chcę wiedzieć. - Mi, mogę zrobić jakąś miksturę na twe loki. – Jo postanowiła się uciec do przekupstwa. Mirabel szczerze nienawidziła swoich lokatych włosów, a wygląd aniołka zdecydowanie jej nie uszczęśliwiał. - Będą proste? - zapytała nieco podejrzliwie dziewczyna. - Mogą być nawet czarne, jeśli chcesz! - Jo, ale powiedz, że nie napieprzasz się ze mnie? - Proste i czarne, zgodnie z zamówieniem – odpowiedziała Jo z promiennym uśmiechem. - To co, mogę zwinąć jedną doniczkę? - rzuciła znienacka. - Wiedźma - rzuciła Mirabel i roześmiały się głośno. – A bierz. Tylko jakby co, to ja nic o niczym nie wiem! - Oczywiście! W końcu ty jesteś tym słodkim i ślicznym uosobieniem niewinności w tych murach. - Mirabel na to stwierdzenie skrzywiła się nieznacznie i pokazała język swojej koleżance, co spowodowało kolejny wybuch śmiechu. Jo uśmiechnęła się do siebie z satysfakcją. Teraz powinna wymyślić jakaś zgrabną historyjkę dla Severa, by przekonać go o jej krańcowym poświęceniu, odwadze, i jak to cudem uniknęła pożarcia przez Drosera Enormous. W końcu nie należy zawieść jego oczekiwań. * Sobotni poranek przywitał wszystkich promieniami słońca. Jo wyjrzała przez okno i zamarła w zdumieniu. Wszechobecna biel oślepiała. Góry w oddali, gałęzie drzew uginające się pod olbrzymimi kapami śniegu, błękit nieba niezmąconego ani jedną chmurką, gładka i spokojna tafla jeziora odbijająca otoczenie, dając jakby złudzenie drugiego świata. Wszystko to razem tworzyło obraz jak z pocztówki. Jo otworzyła okno i odetchnęła głęboko mroźnym powietrzem. Wróble ćwierkały głośno i fruwały dookoła Hagrida, który wysypywał właśnie dla nich okruszki do karmnika. Uśmiechnęła się radośnie. Było tak pięknie. - Wyglądasz, jakbyś Amerykę odkryła. – Słowa Sary oderwały ją od pochłaniania wzrokiem krajobrazu za oknem. - Tutaj jest tak pięknie – wyraziła na głos swoje przemyślenia blondynka, otulając się mocno szlafrokiem. - I dzisiaj to dopiero zauważyłaś?! - Głos Sary wyrażał z jednej strony kpinę, z drugiej jakby sugerował zaniepokojenie stanem zmysłów drobnej Gryfonki. Jo zmarszczyła brwi i wychyliła się mocno przez okno. Widok z wieży na okolice był niesamowity, jednak odległość od ziemi budziła zawroty głowy. - Zamykaj to okno w końcu – warknęła dziewczynka, podciągając kołdrę pod samą brodę. Gryfonka jeszcze raz odetchnęła głęboko, ignorując zimno wywołujące gęsią skórkę, zamknęła okno i klapnęła na swoje łóżko, kierując wzrok na swoją współlokatorkę. - Chyba rzeczywiście dzisiaj pierwszy raz to zauważyłam – odpowiedziała. - Ty chyba z księżyca spadłaś, zero kontaktu z rzeczywistością przez większość czasu. - Możliwe – zgodziła się blondynka, po czym wstała i poczłapała do łazienki. Soboty miały jedną olbrzymią zaletę – śniadanie było wydawane do godziny dziesiątej rano, więc Jo nie była zmuszona na gwałt zwlekać się z łóżka, by na takowe zdążyć. Patrząc na swoje jak zawsze sterczące włosy i cienie pod oczami, mimo przespania nocy, uświadomiła sobie, że od wczoraj usiłuje unikać Remusa. W ogóle całej czwórki Huncwotów, na czele z Blackiem, sugerującym nie wiadomo jakie zdarzenia na kanapie. Gorzej, że dzisiaj musiała się spotkać przynajmniej z jednym przedstawicielem kwartetu rozrabiaków – czekały ją cotygodniowe zajęcia z transmutacji z Jamesem. Westchnęła. Coraz bardziej zaczynała ją cieszyć myśl, że jeszcze tydzień i będzie siedzieć w pociągu, mknący wprost do Silverwood. Małej wioski, ukrytej tak dobrze w szkockich górach, że prawie odciętej od świata i zawdzięczającej swoją nazwę srebrnym igłom świerków porastających okoliczne tereny. - Jo, wyłaź! Zasnęłaś w tej łazience, czy jak?! - Dobijanie się Sary przywróciło ją do rzeczywistości. - No już wychodzę. Kilka minut później obie Gryfonki zmierzały do Wielkiej Sali. Sara spojrzała na swoją koleżankę, która wyraźnie nad czymś dumała. - Jakie znowu wiekopomne odkrycie kołacze się w twojej głowie? - Nic, właśnie uświadomiłam sobie, że nigdy nie spotykam pozostałej trójki naszych współlokatorek. - Bo te psiapsiółki się ciebie boją. - Boją?! - Dziewczyna z zaskoczenia zatrzymała się i z niezrozumieniem na twarzy, spojrzała na koleżankę. - No jak Angela rozpowiada wszędzie, że jesteś wampirem, to chyba się nie dziwisz. - Ale przecież nie jestem wampirem! - zaprotestowała. - A kogo tam prawda obchodzi – prychnęła Sara. - Mnie! - To jesteś w mniejszości. - Serio wszyscy myślą, że jestem wampirem? - Może nie wszyscy, ale wiesz, jak to mówią, lepiej dmuchać na zimne. - Ale jakie niby mają na to dowody?! - Jesteś blada, siedzisz ciągle w lochach i kręcisz się wokół Snape'a, jednym słowem, dowodów aż nadto. - Paranoja – westchnęła z rezygnacją Jo. - I co wzdychasz jak jakaś ofiara losu, przecież nie jesteś typem towarzyskim, nie nawiązujesz znajomości, a ludzi traktujesz jak powietrze. - Nieprawda! - Jak to nieprawda?! Gdy ktoś nie zakłóci jakoś twojej rzeczywistości, to w życiu nie zauważysz, że istnieje! Ile znasz osób w Hogwarcie, z którymi rozmawiasz? - Blondynka już chciała zacząć wymieniać, gdy Sara szybko wtrąciła: – Nauczyciele się nie liczą. - Z tobą siedem – wymamrotała prawie niezrozumiale Jo. - No to czego ty od świata oczekujesz?! No właśnie, czego?! Jo nie wiedziała. W Wielkiej Sali przywitał ich niespotykany gwar i głośne chichoty. Dopiero po chwili zauważyły, co jest obiektem takiej radości hogwarckiej braci, albo raczej kto. Obiekt był zbiorowy, jeśli można to tak określić. Dziewczyny wpatrywały się przez chwilę w zdumiewające zjawisko, po czym zaczęły głośno chichotać. Ślizgoni w ciągu nocy dość mocno upodobnili się do kolorystyki swojego herbu. Ich skóra połyskiwała różnymi odcieniami zieleni, począwszy od delikatnej, wiosennej, charakterystycznej dla pierwszych listków, po intensywną, ciemną zieleń drzew szpilkowych. Przy czym niektórzy przedstawiciele tego domu widać zapałali się na jakiś bonus w psikusie, albowiem ich włosy były równie srebrzyste jak ślizgoński wąż. Wśród tej nieprzebranej masy zieleni istniał tylko jeden jasny punkt. Jo uniosła brwi, spoglądając na Severusa, w spokoju spożywającego śniadanie i nie zwracającego najmniejszej uwagi na zamieszanie wokół niego. Był jak zawsze blady jak ściana, a jego włosy były tak samo smoliście czarne, w tej chwili tylko jego szata świadczyła o przynależności do domu Salazara. Jakim cudem ominął go huncwocki dowcip?! - pomyślała Jo, kierując się do stołu Gryffindoru. Co do tego, że wygląd Ślizgonów był dziełem Huncwotów, nie miała najmniejszych wątpliwości. Zaklęcie czy eliksir?! Chyba raczej eliksir, bo jak zaklęcie na taką skalę?! Ale jak im go podali?! Jo nawet z tej odległości widziała, że McGonagall, siedząca za nauczycielskim stołem, gotuje się z wściekłości. Profesor McNell nigdzie nie było, natomiast Dumbledore dopiero wchodził do sali. Panna Shadowblade ze zdumieniem zauważyła, że dyrektor przy pierwszym zerknięciu na stół Ślizgonów z trudem powstrzymał uśmiech. Szybko jednak przybrał surowy i zmartwiony wyraz twarzy. Reszta kadry nauczycielskiej cicho wymieniała między sobą informacje, prawdopodobnie na temat ubarwienia Ślizgonów. Jo rozejrzała się badawczo po otoczeniu, poszukując wzrokiem sprawców całego zamieszania. Zauważyła tylko Petera, po chwili namysłu postanowiła usiąść obok niego. Sara, widząc, gdzie jej koleżanka się kieruje, prychnęła tylko i udała się w kierunku znajomych z roku. - Smacznego – powiedziała Jo, dosiadając się do chłopaka. - Dzięki – odparł, rzucając jej jednakowo zaskoczone, jak i podejrzliwe spojrzenie. Jo sięgnęła po dżem i zaczęła nim smarować kromkę. - Reszta jeszcze śpi? - Mhm... – mruknął z kanapką w ustach Peter. - Zawsze ich budzisz? - Uhm. - Jak podaliście Ślizgonom eliksir? – Jo postanowiła wziąć chłopaka z zaskoczenia. - Syriusza lubią skrzaty domowe – wymamrotał między kolejnymi kęsami kanapki, po czym chyba dotarło do niego, co powiedział, bo zamarł. - Dlaczego go lubią? – spytała Jo, niespodziewanie zaciekawiona. Po tych kilku miesiącach Jo wiedziała, że istnieje coś takiego, jak skrzaty domowe, aczkolwiek jeszcze żadnego nie widziała na oczy. - Bo on je lubi. No tak, odpowiedź była prosta i logiczna, ale Jo jakoś nie czuła się usatysfakcjonowana. - I? – podjęła. - Chyba lepiej dogaduje się z nimi niż z rodzicami. Jo uniosła brwi. Oczywiście coś tam do niej dotarło, że Syriusz nie za bardzo wpasował się w rodzinę, ale nie poświęciła temu większej uwagi. Teraz nagle poczuła potrzebę dowiedzenia się więcej i trudno rzec, czy miały na to wpływ słowa Sary, wyrzucającej jej brak zainteresowania ludźmi, czy może po prostu ciekawość. - A dlaczego nie dogaduje się z rodzicami? - Co ty nagle taka ciekawska? – spytał chłopak wyraźnie zaskoczony, nie dość, że jej zainteresowaniem kimkolwiek, to jeszcze tym, że w ogóle z nim rozmawiała. Dziewczyna wzruszyła ramionami. - Odpowiedz. - Bo ma przekichaną rodzinkę z obsesją na punkcie czystej krwi, wielbiącą czarną magię i... a zresztą czemu sama go nie zapytasz? – Chłopak zerknął na drzwi wejściowe, w których właśnie pojawił się obiekt ich rozmowy. Co więcej, obiekt ich rozmowy trzymał za rękę jakaś ładną dziewczynę i pociągał właśnie w ich kierunku. Jo uznała, że na szybką ewakuację jest za późno. Syriusz średnio raz na tydzień przedstawiał swoją nową dziewczynę, przy czym wszystkie bez wyjątku drażniły Jo. Przyczyna tego stanu rzeczy leżała prawdopodobnie w fakcie, że Jo nie lubiła słodkich idiotek, a wszystkie zdobycze Łapy takie były lub też na takowe pozowały. - To jest Ally – przedstawił dziewczynę Syriusz, z dość charakterystycznym dla niego uśmiechem dumnego posiadacza. Puchonka uśmiechnęła się odrobinę nieśmiało, co było pierwszą rzeczą, jaka zaskoczyła Jo. – To jest nasz Szczurek, czyli Peter, i nasz lokalny wampir, czyli Jo – dokończył prezentacji, szczerząc zęby jak prawdziwy idiota - zgodnie z opinią panny Shadowblade. - Jak zawsze uroczy, aż zęby bolą – mruknęła blondynka, marząca, by jak najszybciej zniknąć i nie musieć oglądać wydurniania się Blacka przy kolejnej zdobyczy. - Miło cię poznać, Jo – odparła Ally i wyciągnęła rękę do dziewczyny. – I ciebie, Peter. Dwa uściski. Dwa uśmiechy. Szczere uśmiechy. – Z głębokim zdumieniem odkryła Jo. Czyżby Black poszedł po rozum do głowy i znalazł sobie normalną dziewczynę?! Ally, co było kolejną zaskakującą rzeczą, nie zwalała z nóg urodą. Na dobrą sprawę wyglądała dość zwyczajnie. Ani wysoka, ani niska, średniej budowy ciała. Miała ładną twarzyczkę z prostym nosem i jasnoniebieskimi oczami ukrytymi pod długimi rzęsami, jak się uśmiechała, to w policzkach robiły się jej dołeczki, co niewątpliwie dodawało jej uroku. Włosy w odcieniu ni to blond, ni to brązu lekko falowały i sięgały tuż za łopatki. - Dużo o tobie słyszałam – podjęła dziewczyna. - Aż się boję – mruknęła Jo. Ally roześmiała się dźwięcznie. - Nie wszyscy wierzą w to, co Angela o tobie opowiada. To, że Remus cię lubi, musi ją niesamowicie drażnić. To jedyny chłopak, który dał jej kosza, więc sama rozumiesz. - Urażona miłość własna? - Straszliwie. Ale nie przejmuj się, nie warto. - Współlokatorki podobno się mnie boją – wyznała tak jakoś bezwiednie. - Przynajmniej masz święty spokój, ja bym z chęcią moje wymieniła – odparła. - Ally, mogę coś wymyślić w tej sprawie – wtrącił się Syriusz, do tej pory zajęty szeptaniem z Peterem, pochłanianiem śniadania i wpatrywaniem się w Ślizgonów z uśmiechem pełnego zadowolenia. - Nie wątpię – odpowiedziała Ally, spoglądając wymownie na ofiary dowcipu Huncwotów. Dalszą rozmowę przerwało donośne chrząknięcie dyrektora. - Prosiłbym, aby panowie Black, Potter, Pettigrew i Lupin udali się do mojego gabinetu. James, dopiero co wchodzący do sali, z niechęcią ruszył w kierunku Dumbledora, tęsknie spoglądając na wszystkich jedzących właśnie śniadanie. * Jo siedziała w jednej z sal udostępnionych przez McGonagall na zajęcia z transmutacji i czekała na Jamesa. Ally, która okazała się być wielką antyzwolenniczką Angeli, pożegnała się po tym, jak Syriusz udał się z przyjaciółmi do dyrektora i gdzieś znikła. Jo po raz kolejny ze zdumieniem odkryła, że to jest pierwsza dziewczyna Blacka, którą być może będzie dało się lubić. Remus nie dotarł na śniadanie, co Jo przyjęła z ulgą i jednoczesnymi wyrzutami sumienia. Skoro nie przyszedł, to pewnie nie czuje się najlepiej. Przydzielona sala była dość nieprzyjemnym, według panny Shadowblade, miejscem. Zastawiona była mnogością gablot wypełnionych szklanymi słojami z zawartością, której blondynka nie chciała się bliżej przyglądać. Jeśli do tego dodać szkielety różnych zwierząt, w tym zupełnie nieznanych dziewczynie, tablice z schematami budowy wewnętrznej, wypchane dziwaczne stworzenia, zdające się w nią wpatrywać czujnie, odczucia Jo względem pomieszczenia przestawały być takie dziwne. Zawsze, pomimo sporych rozmiarów pomieszczenia, dziewczyna czuła się przytłoczona. Czas płynął, a chłopaka jak nie było, tak nie było. Z nudów Jo zaczęła chodzić po sali i przyglądać się eksponatom. W słojach z formaliną pływały zarówno prozaiczne, spotykane w klasach biologii tasiemce, tudzież inne pasożyty, różnego rodzaju organy wewnętrzne, zarówno ludzkie, jak i zwierzęce, ale także... Jo przystanęła. Jeden ze słoi wypełniało mrowie larw. Gdy podeszła bliżej i zaczęła mu się dłużej przyglądać, zauważyła, że one się poruszają. Jedna wielka biała masa, w której gdzieniegdzie pulsowało coś różowego. Przy baczniejszej obserwacji Jo ze zdumieniem odkryła, że larwy zdają się pożerać siebie nawzajem. Widok był z jednej strony fascynujący, z drugiej budził jakiś instynktowny wstręt i przerażenie. Kierowana jakąś idiotyczną ciekawością uchyliła drzwiczki szklanej gabloty, zbliżyła głowę do słoika i przesunęła po nim palcem. Reakcja stworzeń była natychmiastowa, cały słoik zafalował, jakby chciały się one wyrwać z niewoli. Jo cofnęła się szybko, uderzyła głową w szafkę, jęknęła głośno i zatrzasnęła drzwiczki gabloty. Serce biło jej niespokojnie. Myśl, że te larwy mogły wydostać się na zewnątrz wzbudziła w niej zimny dreszcz przerażenia. Słój falował jeszcze chwilę, budząc niepokój, że się przewróci i rozbije. Jo wstrzymała oddech i odsunęła się na sporą odległość. Kilka chwil minęło, zanim w końcu larwy się uspokoiły i wróciły do poprzedniego zajęcia. - Zepsułaś coś znowu? – Dobiegł ją głos Jamesa. - Chyba nie – odparła nieco niepewnie dziewczyna. - Jak tam na dywaniku? - Nie mają żadnych dowodów – roześmiał się James, widać ciągle uradowany ich nowym dokonaniem. - A skrzaty? - Skąd ty wiesz o skrzatach?! - Peter. - No tak, Szczurek i jego za długi język. Skrzaty Syriusza nie wydadzą. - A dlaczego... - podjęła, jednak James już jej nie słuchał lub też nie chciał słuchać. Zajęcia upływały spokojnie. Chłopak tłumaczył Gryfonce cierpliwie raz po raz wszelakie zagadnienia. Jo musiała przyznać, że gdy Poczochraniec się nie zgrywał, nie aspirował na gwiazdę, był miłym towarzystwem, a co więcej bardzo dobrym nauczycielem. Dziewczyna powoli, bo powoli, ale zaczynała robić postępy. Być może kwestią było zaskoczyć w odpowiednim momencie, odkryć ten jakiś tajemniczy mechanizm, a później już pójdzie tylko lepiej. Paradoksalnie, zaczął ją niepokoić jej talent do zaklęć. Zaczynała rozumieć, że nikomu nie przychodzi to aż tak łatwo. Oczywiście wiedziała, że najwięcej ułatwia jej fotograficzna pamięć, zapamiętująca natychmiastowo odpowiedni ruch różdżką. Ale intonacja... Przecież potrafiła wykonać nawet te zaklęcia, o których tylko czytała. To było dla niej tak naturalne, jakby one zawsze gdzieś tam tkwiły w jej głowie i czekały tylko odpowiedniego momentu, by się wydostać. - Jo! - Głos Jamesa i szturchnięcie różdżką przywołały ją z powrotem do rzeczywistości. - Przepraszam – odpowiedziała i zerknęła na słój stojący najbliżej nich, któremu, nie wiedzieć jakim cudem, przyprawiła nietoperze skrzydła. - Powinnaś bardziej się skupiać na tym, co robisz – upomniał ją chłopak. Ściągać ją z obłoków na ziemię musiał średnio przynajmniej raz na każdych zajęciach, a z reguły o wiele częściej. Czasami dawał wyraz swojej irytacji, zwykle jednak cierpliwie wracał do tematu. Zdawało się, że panna Shadowblade nie jest w stanie się skupić na jednej rzeczy dostatecznie długo i to był jej największy problem, jeśli chodzi o transmutacje, albowiem ta wymagała o wiele więcej uwagi niż inne przedmioty. Z drugiej strony James dziwił się, jak to możliwe, że jest ona taka dobra z eliksirów, które przecież też wymagają skupienia i uwagi. Jo warząc eliksiry, nie wyglądała jak amator, tylko ktoś znający się na rzeczy. Panna Shadowblade była dość zagadkową osobą. Po jakiś trzech godzinach obydwoje stwierdzili, że mają dość. - Jo? - zagaił James, niwelując radosną twórczość Gryfonki. Dziewczyna spojrzała na niego z wyczekiwaniem. – Co można kupić dziewczynie na prezent? - spytał nieco niepewnie. - Chcesz coś kupić Lily? - Przytaknął i odrobinę się zaczerwienił. Jo przyjrzała się uważniej koledze i zamarła ze zdziwienia. – Ty się naprawdę w niej bujasz? - wypaliła bez zastanowienia. Twarz chłopaka przybrała barwę buraka. Niewątpliwie był to widok co najmniej zaskakujący. - Oczywiście głupi Potter potrafi się tylko wydurniać – napuszył się. Jo zamilkła. Poczuła zażenowanie na myśl, że jego słowa chyba zbyt dobrze oddają jej opinię o nim. - Nie wiem, co można kupić dziewczynie – podjęła po chwili. – Może coś z biżuterii? Jakiś srebrny łańcuszek z agatem? Będzie pasował do jej zielonych oczu. James uśmiechnął się na propozycję, po chwili jednak spochmurniał i rozczochrał sobie włosy swoim sztampowym gestem. - Tylko czy ona zechce to przyjąć? - To jej wyślij bez podpisu. Każda dziewczyna marzy o tajemniczym wielbicielu. - Serio? - No, może prawie każda – odparła po chwili namysłu. Jej osobiście tajemniczy wielbiciel do niczego nie był potrzebny. Swoją drogą, nietajemniczy też nie. - James? - Tak? - Kto zrobił eliksir? - Luniaczek – odparł, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. Jo stanęła wpół kroku między salą, a korytarzem z wyrazem oszołomienia na twarzy. Niby nie powinno jej dziwić to, co usłyszała, w końcu Remus był Huncwotem. Jednak była zaskoczona. I to bardzo. James spojrzał na koleżankę i roześmiał się głośno. - Chyba nie myślałaś, że Remi jest tylko od odrabiania zadań za naszą całą czwórkę i pilnowania, byśmy nie przesadzili z psikusami?! – zakpił. Ta... panno Shadowblade, nie lubisz schematów, a ciągle nimi myślisz – mruknęła sama do siebie, gdy James gdzieś już pomknął. * Sobota mijała szybko, nie przynosząc już więcej zaskoczeń. Wieczorem dziewczyna wparowała z impetem do lochu i postawiła przed Severusem doniczkę. - Co to za badyl? – spytał podejrzliwie. - Mandragora, zgodnie z zamówieniem – odpowiedziała Jo, uśmiechając się promiennie. Ślizgon zerknął jeszcze raz podejrzliwie na doniczkę, po czym chwycił ją za liście. Dziewczyna z niezwykłym refleksem rzuciła zaklęcie wyciszające na pomieszczenie (przebywanie z Blackiem czasami miewało swoje plusy), które zaraz zatrzęsło się od przeraźliwego dźwięku wywiercającego dziurę w mózgu. Chłopak puścił roślinę równie szybko, jak ją chwycił. Jeszcze przez parę minut mury zdawały się być przepełnione krzykiem rośliny. - Niewątpliwie mandragora1 – stwierdził w końcu, ciągle jednak słysząc brzęczenie w uszach. - I koniecznie musiałeś to sprawdzić – mruknęła, potrząsając głową, jakby chciała się pozbyć niewidzialnych much z uszu. - Pewność gwarantowana. - Ty chyba jesteś masochistą. - Perfekcjonistą, Shadowblade. To słowo, to perfekcjonista. Naucz się w końcu czegoś. - Przy tobie codziennie uczę się czegoś nowego. Powinieneś pomyśleć o karierze nauczyciela – zakpiła. - Czyżbyś pretendowała na wróżkę? - W końcu to mój ukochany przedmiot – rzuciła z ironią. - Co robisz? – spytała, widząc, że chłopak wsadza doniczkę do wiadra z wodą. - Oszczędzam nam ogłuchnięcia. - A dlacze... - zaczęła i urwała. – W wodzie nie będzie słychać jej krzyków. - No gratuluję, panno Shadowblade, jeszcze trochę i dorównasz przenikliwością gumochłonom. - Sev, pomińmy grzeczności, czekam na piękną historię związaną z tym badylem! - Mandragora, jak ogólnie wiadomo, jest nazywana także kwiatem wisielców, ponieważ... - Przestań się wydurniać! Chcę wiedzieć, po co ci ona. Chłopak spojrzał na pełną oczekiwania twarz dziewczyny i roześmiał się głośno. - O naiwności! Naprawdę myślałaś, że ci powiem? - Oczywiście. Nie po to ją kradłam, skradałam się i o mało nie dałam pożreć tej wielgachnej rosiczce! - Biedactwo, rosiczka chciała cię zjeść – zakpił, a dziewczyna zawrzała z wściekłości. – Shadowblade, nie denerwuj się tak, toć ta łatwowierność to pierwszy przejaw gryfonizmu u ciebie. Powinnaś być z siebie dumna! - To wisisz mi przysługę – warknęła w końcu, uznając, że rzucenie się na niego z pazurami będzie objawem słabości charakteru. - Ależ moja droga, chyba zapominasz, że to ty mi wisiałaś przysługę. Już nie pamiętasz naszego spotkania?! - Jakże bym mogła – wycedziła. – Czyli jesteśmy kwita? - Tak jakby – odparł, uśmiechając się zarazem wrednie i tajemniczo. Nie mając już najmniejszej ochoty przebywać w towarzystwie Ślizgona, Jo wyparowała z lochów i oczywiście musiała trafić na swoją ukochaną nauczycielkę, której, co zdumiewające, dowcip Huncwotów nie ominął. - Shadowblade, mimo, że nie mam żadnych dowodów, wiem, że to twoja sprawka – wysyczała złowieszczo profesor McNell. - Pani profesor chyba przecenia moje zasługi – mruknęła dziewczyna, spoglądając na zieloną i lekko połyskującą skórę Ropuchy. Widok zaiste piękny. - Jeszcze pożałujesz tych głupich dowcipów – warknęła, odwróciła się na pięcie i powędrowała przed siebie swoim kołyszącym się krokiem. Cudnie! To jeszcze za wybryki Blacka i Pottera mam obrywać?! * Zapadła noc. Dla jednych zawsze za późno, dla innych zawsze za wcześnie. Jo siedziała w swoim łóżku zasłonięta kotarami i usiłowała się zrelaksować, czyli czytała książkę. Tuż obok Sara mamrotała coś przez sen. Mirabel próbowała się pożegnać ze swoim chłopakiem, który skutecznie jej to utrudniał coraz bardziej namiętnymi pocałunkami. Pani Norris łasiła się do nóg swojego właściciela, patrolującego trzecie piętro. Profesor McNell próbowała wynaleźć antidotum na kolor swojej, niespodziewanie jeszcze bardziej upodobniającej ją do ropuchy, skóry. Minerwa McGonagall przewracała się z boku na bok w łóżku, ciągle zaciskając zęby ze zirytowania, że to znowu jej Dom coś nabroił. I znowu nie miała żadnych dowodów, że był to wyczyn tych okropnych urwisów. Trzech Gryfonów w skupieniu wpatrywało się w pergamin pełen wijących się linii i w większości nieruchomych kropek, planując, jak wymknąć się z zamku. Piętnastoletni chłopiec przemierzał w towarzystwie Poppy Pomfrey jeden z tajemnych korytarzy, znajdujący się prawie pod Bijącą Wierzbą, a prowadzący do Wrzeszczącej Chaty. Serce łomotało mu w piersi, a zimny pot pokrywał cienką warstwą skórę. Miał rozpiętą koszulę, jakby ciągle było mu zbyt gorąco, a długie rękawy skrywały ręce podrapane do krwi. Korytarz był wąski i niski, nielicznych mogący przyprawić o klaustrofobię, gdzieniegdzie zwisały jakieś korzenie, powietrze było stęchłe i przesycone wilgocią. Ciemność rozświetlało tylko blade światło różdżki Poppy, budząc do życia cienie, które jakby naigrywały się z chłopaka. Tyle razy już szedł tym korytarzem, a za każdym było to równie trudne. Próbował skupić swoje myśli na czymkolwiek innym, chcąc zapomnieć, choć na kilka chwil, gdzie zmierza i po co. Skóra go piekła, jakby spędził zbyt wiele godzin na słońcu. Ciemność korytarza nie była dla niego żadną przeszkodą, widział równie dobrze jak w dzień, a pani Pomfrey zyskała jakby nowy wymiar, łunę ciepła, jakie emituje z siebie każde żywe stworzenie. Wiedział, że jego oczy lśnią w ciemności drapieżnie... jeszcze nie zwierzę, już nie człowiek. Starał się oddychać spokojnie, ale krew szalała w jego żyłach, a przerażenie zaczynało paraliżować zmysły. To wierutna bzdura, że do bólu można się przyzwyczaić. W zasadzie za każdym razem jest gorzej, bo już wiesz, co cię czeka. Wyobrażasz sobie to wszystko po stokroć, zanim się stanie i czujesz, mimo że jeszcze nic się nie dzieje. Eliksiry uśmierzające ból nie działają, w końcu już nie jesteś człowiekiem. Niespodziewanie do Remusa napłynęły wspomnienia czwartkowej nocy, a może już piątkowego poranku. Jo wtulonej w niego i pogrążonej we śnie. Tak bardzo nieświadomej, kim właściwie on jest. Zacisnął pięści, wspominając jej łzy. Wtedy, gdy oboje jeszcze udawali, iż zmorzył ich sen. Jednak przed nim o wiele ciężej było ukryć cokolwiek w te kilka dni przed pełnią, gdy każdy nerw jego ciała był napięty do granic możliwości. Kim on był, by ją pocieszać?! Ten wieczór nie powinien był się wydarzyć. Ona nie powinna mu ufać. A poranek... poranek był koszmarny. Łomotnie w głowie, smocze pragnienie i Syriusz wciąż naigrywający się ze sceny, jaką zastał. I ona jeszcze dała mu buziaka. Dlaczego dała mu buziaka?! Zażenowanie go spalało, a potem poszedł po najmniejszej linii oporu i postanowił jej unikać. Tak będzie lepiej – tłumaczył sobie. Powinien trzymać ją na dystans. Nie powinni się do siebie przyzwyczajać. I nawet jeśli to było zachowanie tchórza, na razie nie mógł zdobyć się na konfrontację. Niespodziewanie pojawiły się drzwi. Zbyt szybko. Nie był na to przygotowany. Nigdy nie był. - To do zobaczenia rano – wyszeptała pielęgniarka, spoglądając na niego z troską. - Do zobaczenia – odpowiedział odruchowo i chwycił za klamkę. Wszedł od środka, a drzwi się za nim zamknęły. Usłyszał cichy trzask, Poppy musiała rzucać jakieś klątwy na drzwi, by nie mógł ich otworzyć. Ruszył po stopniach w górę. Z każdym krokiem wzbijały się obłoki kurzu, a drewno pod stopami skrzypiało przeraźliwie, grożąc nagłym zawaleniem schodów. Z każdym krokiem rozdzierał misterne pajęcze sieci, delikatne włókna przyklejały mu się do twarzy i ciągle nerwowo próbował pozbyć się ich ze skóry. Słyszał nawet szybko umykające pająki, przestraszone niespodziewanym intruzem. Miał taką ochotę wyciągnąć różdżkę i trzasnąć je jakimś zaklęciem, jednak nie miał różdżki, nie mógł używać magii poza szkołą. I czy pająki były winne temu, że za kilkanaście minut kolejny raz zmieni się w bestię... Coraz bardziej nerwowo stąpał po schodach, drapiąc twarz do krwi, w końcu przystanął pod drzwiami, zasapany jakby przebył kilka kilometrów. Rozwarł ciągle zaciśnięte pięści i ze zdumieniem odkrył w dłoniach rozgniecione na miazgę pająki. Otworzył drzwi i wszedł do pokoju. Był on mały i brudny, z jednym rozklekotanym metalowym łóżkiem, zaopatrzonym w materac, który pewnie pamiętał czasy młodości Dumbledore’a, krzesłem, któremu brakowało jednej nogi i czymś, co pewnie dawno temu było umywalką. Chłopak przysiadł niepewnie na skraju łóżka, unikając wystających sprężyn. Wytarł ręce o materac, próbując zetrzeć pozostałości z pająków. Po chwili poderwał się nerwowo i zaczął chodzić po pokoju. Podszedł do okna. Było brudne, pokryte pajęczynami i zdawało się ledwo trzymać w futrynach. Wiatr napierał na szyby, jakby chciał się dostać do środka, szarpał gałęziami pobliskich drzew i przeganiał ciemne chmury. Niespodziewanie chłopak pchnął mocno okno, jakby chciał je otworzyć. Ani drgnęło. Widać ktoś zapobiegawczo obłożył je zaklęciami. Oparł się dłonią o ścianę i tylko wpatrywał w niebo. Oddychał ciężko i chrapliwie, ciągle ocierał pot z czoła i mimowolnie drapał się po rękach. Po kilku minutach znowu zaczął niespokojnie przemierzać pokój. Jak zwierzę zamknięte w klatce – tam i z powrotem. Co jakiś czas przystawał przy oknie i z napięciem na twarzy wypatrywał się w ciemną noc. Jak długo jeszcze?! Miał wrażenie, że oczekiwanie jest jeszcze gorsze od samego momentu przemiany. Widział, że zaczynają mu drżeć ręce, więc zaciskał je nerwowo w pięści. Próbował uspokoić oddech, ale zdawało się to być daremne. Czuł ucisk na klatce piersiowej jakby przygniatało go coś bardzo ciężkiego i nie pozwalało odetchnąć głębiej. Miotał się jeszcze chwilę po pokoju, aż w końcu podszedł do umywalki. Szarpnął mocno za kurek, za którymś razem z przeraźliwym zgrzytem udało się mu go odkręcić. Przez parę minut nic się nie działo, w końcu dało się słyszeć odległy charkot i kran wypluł z siebie odrobinę pomarańczowej cieczy pachnącej metalicznie. Remus westchnął przeciągle i włożył dłonie pod wodę. Była lodowata. Przyjemnie lodowata, przepływając między jego palcami, chłodziła jego zbyt gorącą skórę. Rury charczały jakby resztką sił, jednakże to coś, co płynęło z kranu, powoli zaczynało zbliżać się do tego, co zwykle nazywa się wodą. Przez parę chwil chłopak zastanawiał się, dlaczego nie zamarzła i skąd właściwie płynie. Nad umywalką wisiało stare, zaśniedziałe i popękane lustro. Remus zerknął w nie i dostrzegł tylko niewyraźny zarys swojej twarzy, w bliżej nieokreślonym odruchu przetarł je wilgotną dłonią. Po chwili spoglądały już na niego jego własne pełne strachu oczy, rozszerzone nozdrza jak u zwierzęcia, skóra na policzkach podrapana do krwi. Włosy bardzo urosły mu od września i sięgały już podbródka, końcówki lekko falowały. Wilkołaczy wzrok sprawiał, że widział, jak bardzo jest blady, jak odcinają się na tym tle cienie pod oczami, a zaschnięta krew dopełnia obrazu grozy. Coś gdzieś zaszeleściło, odwrócił głowę w kierunku, z którego dochodził dźwięk, wszystkie mięśnie napięły się jak u drapieżnika gotowego do ataku. Szczury. Zerknął znowu w lustro i zobaczył żółte oczy bestii. Wciągnął głęboko powietrze, przerażony własnym widokiem. Krew napierała na żyły, jakby chciała je rozsadzić. Było mu coraz bardziej gorąco. Zrzucił z siebie koszulę. Ręce mu się trzęsły, cały zaczynał dygotać. Pocił się jak w gorączce. Spojrzał na okno, w tym momencie księżyc wyjrzał za chmur i pokój zalało jasne światło. Przeszywający ból zwalił go z nóg. Uniósł się tuman kurzu, a deski zaskrzypiały, gdy upadł. Zdawało się, że tysiące igieł przeszywa jego ciało. Skóra paliła. Jak oszalały zaczął się drapać. Kolejna fala bólu. Zacisnął mocno zęby. Nie chciał krzyczeć. Strużki krwi spływały po jego plecach, rękach. Z każdą sekundą ból się wzmagał. Jakby coś usiłowało go rozciągnąć we wszystkich kierunkach jednocześnie. Widział wszystko jak przez czerwoną mgiełkę. Krzyknął. Cały świat składał się tylko z bólu. Zaczynały mu wyrastać włosy, czuł, jak przebijają się przez skórę. Jak ta odpada płatami. Jak ciało zaczyna się zmieniać. Nie istniało nic poza bólem. Remus miał wrażenie, że trwa to godzinami. Każda sekunda wymierzana była niekończącym się cierpieniem i nieludzkim krzykiem. A potem była tylko ciemność. * W deskach podłogi pojawiły się kolejne zadrapania, a krew powoli wsiąkała w stare drewno. Zaśniedziałe lustro leżało w wielu kawałkach obok umywalki, z której ciągle kapała woda. Krzesło roztrzaskano na drobne kawałeczki, jak w szale wściekłości. W najodleglejszej części pokoju coś dyszało głośno. W ciemności zalśniły oczy drapieżnika. Niespodziewanie ciszę nocy rozdarło przerażające wycie. * Zaczynało świtać, gdy Poppy Pomfrey weszła do pokoju we Wrzeszczącej Chacie. Zamarła w progu, a na jej twarzy odmalowało się współczucie. Całe pomieszczenie wyglądało jak po przejściu trąby powietrznej. Roztrzaskane lustro, krzesło w drobnych kawałkach, materac w strzępach, zadrapania na podłodze, ścianach, i krew. Wszędzie było pełno krwi. Na środku pokoju leżał szczupły, blady chłopak. Chyba spał wyczerpany, bo słychać było tylko jego cichy oddech. Z wielu ran sączyła się krew. Pielęgniarka uniosła różdżkę i wyszeptała Reparo - lustro wróciło na ścianę z takim samym pęknięciem, jak miało jeszcze kilka godzin wcześniej, krzesło i materac wróciły do poprzedniego stanu. Jeszcze jedno machnięcie i krew zaczęła znikać. W końcu pochyliła się nad chłopcem i delikatnie pogłaskała go po włosach. - Już po wszystkim – wyszeptała, a w jej brązowych oczach rozbłysły na chwilę łzy. Za każdym razem, gdy widziała Gryfona w tym stanie, zastanawiała się, dlaczego świat jest taki niesprawiedliwy. Chwilę później szła już po schodach, lewitując przed sobą chłopaka na niewidzialnych noszach. Przypisy 1 – Oczywiście legendy o zabójczych właściwościach mandragory były nieco przesadzone. W przeciwnym wypadku spora liczba nieuważnych uczniów nie przeżyłaby pierwszego kontaktu z tą rośliną. Jednakże już kilkominutowe wystawienie na falę dźwiękową o takiej głośności groziło utratą słuchu. Sever wyciągnął roślinę na kilka sekund, stąd też jedynym skutkiem było, kilkudniowe uczucie zatkania uszu, jakby ciągle zalegała w nich woda. komentarze [18] Wieści z redacji - poniedziałek, 23 lipica 2007 21:58:55 Jak nie trudno się domyślić, zaginęłam w Harrym Poterze, stąd też następny rozdział będzie pewnie jak powrócę. W między czasie zapraszam serdecznie do zapoznania się z panną Mcgonagall oraz z pannami Emmą i Viki. Poza tym jakby ktoś miał chęć na ocenienie swojej twórczości, to zapałałam sympatią do Mistrza Podziemi. komentarze [6] Rozdział XI/2 – „There’s a moon over Bourbon Street tonight”, część druga. - poniedziałek, 16 lipica 2007 22:52:27 * Jo była w połowie obiadu, gdy jakiś chwat przyniósł jej karteczkę od McGonagall. No tak, a już prawie zapomniała o wydarzeniach dnia wczorajszego. Powinnam się pożegnać?! - pomyślała w przebłysku wisielczego humoru. Wstała od stołu, dochodząc do wniosku, że lepiej mieć to jak najszybciej za sobą. Jednak droga do gabinetu Starej Sowy minęła zbyt szybko. Przystanęła niepewnie przed drzwiami, zbierając się na odwagę, by zapukać. Pewnie głupio wyglądała, stojąc tak z uniesioną ręką. Opuściła ją. Westchnęła. Zacisnęła pięści i zbierając się w sobie, zapukała. - Proszę! Jo, odkrywając z zaskoczeniem coraz większe zdenerwowanie, powoli otworzyła drzwi i weszła do gabinetu nauczycielki. Zgodnie z jej przewidywaniami był prosto i skromnie urządzony, a jego centralną część stanowiło pokaźnych rozmiarów biurko. - Proszę siadać, panno Shadowblade – powiedziała nauczycielka, wskazując krzesło. Dziewczyna posłusznie usiadła na wskazanym krześle. – Czy panna zdaje sobie sprawę, dlaczego wezwałam pannę? – Dziewczyna kiwnęła głową. – Pamięta panna, pod jakimi warunkami zgodziliśmy się przenieść pannę na piąty rok? - Tak – mruknęła Gryfonka. – Będę nadrabiać zaległości, oddam określone prace nauczycielom danych przedmiotów, którzy zadecydują, czy mój poziom pozwala na przystąpienie do zdawania SUM-ów – dodała. Gdy Jo się zgadzała na te warunki, uważała je za całkiem zrozumiałe, żadna prestiżowa uczelnia nie narazi na szwank swojej reputacji, dopuszczając do egzaminów ucznia, który nie posiada minimalnego poziomu wiedzy. Wiedzy, której nie mógł zdobyć przez pięć lat. - Zdaje sobie panna sprawę, że obcięliśmy znacznie program, skupiając się na najważniejszych zagadnieniach, by pannie ułatwić? - Tak – mruknęła jeszcze ciszej dziewczyna. - A i tak panna zdaje się tego nie doceniać! - Doceniam! – zaprotestowała gwałtownie. Nauczycielka używała zwrotu „zdawać sobie sprawę” prawie jakby to była jakaś mantra mająca spowodować, że jej uczennica przestanie sprawiać kłopoty. - Ciekawe – sarknęła McGonagall. – Jakoś z panny zachowania to nie wynika. Panna jest chyba najbardziej bezczelną uczennicą, jaką te mury widziały w całej swojej historii – dodała zapalczywie. - Przepraszam. – Blondynka zdawała się być jeszcze mniejsza i drobniejsza niż zwykle. - Albus, zupełnie nie rozumiem dlaczego, postanowił dać pannie szansę i pomóc w nauce – podjęła nauczycielka. Dziewczyna uniosła głowę, a w jej oczach rozbłysła nadzieja. – Zdaje sobie panna sprawę, że musi znaleźć sposób na poprawienie stosunków z profesor McNell? - Wręcz syzyfowa praca - mruknęła jakby do siebie Jo pochmurniejąc. - Zdaje? - Tak. - Świetnie. Byłabym też wdzięczna, gdyby panna i mojemu przedmiotowi zaczęła poświęcać odrobinę więcej uwagi i odrabiać zadania. – Jo skinęła głową, wpatrując się w jakiś punkt poza nauczycielką. McGonagall, nie wiedzieć czemu – a może i wiedzieć – była jedyną osobą, która potrafiła ją wprawić w prawdziwe zakłopotanie. Co gorsza, potrafiła nawet wywołać wyrzuty sumienia. – Albus postanowił wypożyczyć pannie ten przedmiot, choć, słowo daję, do tej pory przyniósł on więcej problemów niż korzyści. McGonagall przekazała Gryfonce coś, co wyglądało jak zegarek i przez chwilę tłumaczyła zasadę działania oraz warunki możliwego wykorzystania. Mógł być używany tylko w jednym celu – nauka. * Czasami czas się wlecze. Skapuje powoli jak gęsty miód z łyżeczki i nie sposób go popędzić. Taka była każda historia magii dla Jo. Nawet jeśli przysnęła, to jak unosiła głowę zdezorientowana, okazywało się, że minęło zaledwie pięć minut. Profesor Binns mimo śmierci, był równie rozwlekły i zabójczo nudny. Jo się momentami zastanawiała, czy on w ogóle jest świadomy, że nie żyje. Poza zajęciami z historii magii, czas zdawał się tak pędzić, że można było się zadyszeć, próbując za nim nadążyć. A ten tydzień chciał chyba sprawić, żeby panna Shadowblade zagubiła się w czasoprzestrzeni, która ponoć ma tendencję do zakrzywiania się. Było już po kolacji, gdy Jo w końcu udało się dopaść Mirabel. - Mi! Zaczekaj!!! - Białowłosa zawahała się, lecz w końcu przystanęła. - Spieszę się – odparła, gdy zasapana blondynka dobiegła do niej. - Tylko chwilkę – powiedziała Jo i pociągnęła koleżankę w jeden z poznanych dzięki Huncwotom zaułków. – Przepraszam – podjęła. - I? - Jestem idiotką, która najpierw mówi, później myśli. Masz rację. I miałaś wtedy rację. Tylko że ja jestem uparta jak osioł i czasami ciężko mi zaakceptować prawdę. Jest mi naprawdę strasznie przykro. Miałam podły humor i wyładowałam go na tobie. – Wraz z kolejnymi słowami białowłosa zdawała się mięknąć – Wybaczysz mi? Mi??? - No, może – mruknęła niby obojętnie. - Ach... Mi! - Blondynka rzuciła się na szyję swojej koleżance i mocno ją uściskała. - Jo, bo mnie udusisz! - Przeżyjesz. I tak jesteś większa! – odparła i puściła koleżankę. - Masz rację, krasnoludku. - Mi, nie przesadzaj. - Kurdupelek – rzuciła Mirabel ze śmiechem, na co Jo rzuciła się na nią i zaczęła ją łaskotać. - Nie dość, że małe, to jeszcze wredne – wydusiła z siebie Mirabel, a można nawet rzec, że wypiszczała. - Jak zielarstwo? – spytała Jo, odrobinę poważniejąc. - Zwinęłam rozmnóżkę rosiczki Toyena – odparła Gryfonka, uśmiechając się łobuzersko. - Słowo daję, że nie rozumiem, czemu nie weźmiesz całej doniczki i tak się nikt nie zorientuje, skoro sama od kilku lat prowadzisz inwentaryzację w szklarniach1. - Ach... Jo... ty tego nigdy nie zrozumiesz. Największa satysfakcja tkwi w wyhodowaniu, a nie posiadaniu. Należy dodać, że panna Mirabel Green ze swojego dormitorium stworzyła prawie mini szklarnię, za co jej lokatorki szczerze jej nienawidziły. Najwięcej roślin trzymała na okazałym parapecie okiennym. W końcu architektura zamków zakładało z reguły przynajmniej półmetrowej grubości mury. Dziewczyny przez chwilę szły w milczeniu. - Jak Sowa? – spytała w końcu Mirabel. - Zdaje się, że mnie nie wyrzucą. - Więcej szczęścia niż rozumu. - Już mi to ktoś mówił. - I miał rację, zapamiętaj to sobie. - Więc muszę chyba dbać, żeby to szczęście mnie nie opuściło – odparła Jo, uśmiechając się zawadiacko. – Jak tam związek z Natanielem? - Świetnie. – Mirabel rozpromieniła się jak małe słoneczko. – Jest nie dość, że przystojny, to jeszcze inteligentny. A z Blackiem nic? - Jo na to pytanie wybuchła głośnym śmiechem. – No co? Słyszałam, że macie się ku sobie. - Mi, taka jesteś inteligentna, a czasami taka głupiutka. No powiedz szczerze, jaka normalna by się wplątywała w związek z takim bawidamkiem i idiotą na dodatek?! - Niby fakt. Tyle że ty ponoć obłąkana jesteś. - A też mi się to obiło o uszy. - Ale nie jest ci obojętny? - Kto? - No Black. - Racja, nie jest. Cały czas mnie irytuje. - I dlatego go zapraszasz do swojej sypialni?! - Mi, miej odrobinę rozsądku. – Westchnęła przeciągle. – Wcale go nie zapraszałam! - Po szkole chodzą inne wieści. - Po szkole chodzą też wieści, że jestem wampirem, a jakoś nie uwierzyłaś. - Tym razem źródło było wiarygodniejsze. - To Sarę też znasz?! – Koleżanka wyraźnie zaskoczyła Jo. - Jo, moja droga, nie każdy jest takim społecznikiem, jak ty, przesiadującym tylko nad książkami albo eliksirami, albo obiema rzeczami na raz. - Niektórzy, w przeciwieństwie do innych, muszą się uczyć – odcięła się blondynka. - A inni są po prostu zdolni – odparła Mirabel, szczerząc zęby do koleżanki. - Ach... I co przypominasz?! Mam dzisiaj jeszcze astronomię! - Oj, ty ofiaro losu, dalej nie wiesz, gdzie jest gwiazda północna?! - Dalej – warknęła Jo. - Podobno blondynki tak mają – mruknęła w ramach „pocieszenia” Mirabel. - I to niby ja jestem wiedźmą?! Białowłosa zachichotała. Po chwili zawtórowała jej Jo. - Będziesz jutro w szklarniach? - Jak zawsze. A bo co?! - A bo mam sprawę. - Jaką? - Powiem ci jutro. Wybacz, ale muszę na chwilę paść i się zdrzemnąć, bo inaczej zasnę na astronomii. - A to byłaby niepowetowana strata. - Niewątpliwie – zachichotała Jo i z pełnym optymizmem powędrowała do dormitorium. * Było około drugiej lub trzeciej nad ranem, a panna Shadowblade ciągle przewracała się z boku na bok w łóżku. Wzdychała smętnie lub też wpatrywała się w blade światło księżyca coraz bardziej zbliżającego się do pełni. Jo z natury była optymistką i kierowała się w życiu dwiema zasadami Carpe Diem i jakoś to będzie. Zamartwianie się nie było jej naturalnym stanem ducha, więc jak już ją dopadało, to zawsze ze zwielokrotnioną siłą. Panna Shadowblade wolała problemy i nieprzyjemne myśli odsuwać na bliżej nieokreśloną przyszłość. Tak samo przedstawiała się sprawa z jej adopcją. Jednak list spowodował, że jej myśli zaczęły powracać do tego tematu jak język do bolącego zęba. Tak naprawdę o adopcji dowiedziała się przez przypadek. Po prostu podsłuchała rozmowę, a właściwie awanturę, jej mamy z ciotką Jennifer tuż po otrzymaniu listu z Hogwartu. Pierwszy raz też była świadkiem, jak jej matka nakrzyczała na swoją siostrę. Niespodziewanie dowiedziała się, że jej rodzice bardzo długo pragnęli mieć dziecko i im nie wychodziło, aż w końcu zdecydowali się na adopcję. Poczęcie Amber musiało być dla nich niezłym zaskoczeniem. Tak, Jo podsłuchała rozmowę. Diabelski podrzutek ciotki Jennifer było chyba jednym z łagodniejszych określeń jej, jako sieroty. Mama naprawdę się wtedy zdenerwowała i wykazała zdumiewający, jak na nią, charakter, gdy wykrzyknęła, że jeszcze jedno słowo, a zapomni, iż posiada siostrę. To uspokoiło cioteczkę. Jo jeszcze długo siedziała w pokoju obok i usiłowała dojść do siebie. A potem... A potem usiłowała sobie wmówić, że nie słyszała tego. Nie miała odwagi spytać rodziców. Próbowała wiele razy, ale za każdym razem głos wiązł jej w gardle i nie była w stanie wykrztusić z siebie ani słowa. Dlaczego więc powiedziała o tym Remusowi? Chyba w przypływie logiki uznała, że wszyscy wiedzą, że jest sierotą, tylko ona sama, jak to z reguły bywa, trzymana jest w nieświadomości. Teraz wszystko kotłowało się jej w głowie, nie dając zasnąć. Nie chciała czuć się zdradzoną i oszukaną, pozbawioną korzeni. Ani tym bardziej nie chciała czuć się diabelskim podrzutkiem, który dla jej prawdziwych rodziców był tylko niewygodnym ciężarem, skoro się go pozbyli. A teraz wszystko to upchane w szufladce „będę się martwić później”, zapomniane w ilości wrażeń, jakich Hogwart dostarczał, wydostało się na zewnątrz i Jo miała wrażenie, jakby cały jej świat rozpadł się na kawałeczki. Myśli rozbijały się jak szalone, wspomnienia z dzieciństwa... Babcia Eleonora powtarzająca zawsze, że może córki się jej nie udały, ale za to wnuczkę ma najbardziej wymarzoną pod słońcem. I to wszystko było tylko jednym wielkim kłamstwem! W końcu zrezygnowana wstała, opatuliła się długim i grubym szlafrokiem, i podreptała do pokoju wspólnego. * Pokój rozjaśniał tylko słaby blask bijący od kominka i wpadające przez okno promienie zachodzącego już księżyca. Cicho stąpając, dziewczyna podeszła do kominka, chcąc się ułożyć wygodnie na kanapie i swoim zwyczajem wpatrywać w płomienie, z nadzieją na ich uspokajające działanie. Dopiero w tym momencie zauważyła, że nie jest sama w pokoju. Spojrzała na chłopaka, butelkę (prawdopodobnie jakiegoś trunku) i zamarła zaskoczona. Niespodziewanie, jakby wyczuwając jej obecność, uniósł głowę gwałtownie, jakby węsząc niebezpieczeństwo i spojrzał na dziewczynę. Karmelowe oczy rozbłysły w ciemności kocią zielenią. Dziewczyna wstrzymała oddech i zimny dreszcz przebiegł jej po plecach. Dopiero po chwili otrząsnęła się. Mam przewidzenia!!! - Remi? – wyszeptała, podchodząc i siadając szybko na kanapie, jakby nogi nagle odmówiły jej posłuszeństwa. - Co ty tutaj robisz? – spytał dziwnie ostro. - Nie mogłam zasnąć – odparła Jo i jakoś bezwiednie sięgnęła po szklankę, stojącą na stoliku obok, wypełnioną przejrzystym, lekko złotawym płynem. Przełknęła łyk, napój był lekko słodkawy w smaku. Wypiła jednym haustem, po czym zaczęła kaszleć i się dusić, aż łzy rozbłysły jej w oczach. - Wariatka – mruknął Remus i nie wiedząc, co zrobić, poklepał dziewczynę po plecach. - Co to, do jasnej cholery, było?! – wyszeptała, ocierając łzy z policzków. - Bodajże Ognista Whisky – odparł Remi. Dziewczyna uniosła brwi i rzuciła mu zaskoczone spojrzenie. – Syriusz twierdzi, że to doskonałe lekarstwo – podjął obronnie. Jo spojrzała na chłopaka i kolejny raz uderzyło ją, że wygląda, jakby męczyła go jakaś przewlekła choroba. - Remi, co ci jest? – podjęła zatroskanym głosem i dotknęła jego ręki. Zadrżał na ten gest. Albo mi się wydawało. Dłoń była chłodna, a jednocześnie jakby spocona. - Nic takiego, Jo – odparł. - Remi! - Dlaczego nie mogłaś spać? – spytał szybko i sięgnął po butelkę, by nalać jeszcze nieco whisky do szklanki. Ze zdumieniem odkryła, że drżą mu dłonie. Skórę miał napiętą, trupiobladą i wręcz przezroczystą, a jeszcze głębsze cienie pod oczami sugerowały, że chłopak chyba nie przespał już kilku nocy. Jednak coś, co najbardziej ją poruszyło, to widoczny w oczach wyraz udręki. Niespodziewanie zrozumiała, że chłopak bardzo nie chce rozmawiać na swój temat. - Ach... jak księżyc zbliża się do pełni, nie potrafię spać – odparła beztrosko. - I? - Czemu musi być jakieś „i”? – nastroszyła się. - Bo jesteś smutna i przygnębiona – odparł po prostu. Dziewczyna westchnęła cicho, przysunęła się odrobinę do Gryfona i wyciągnęła szklankę z whisky z jego dłoni. Zamilkła i sączyła bardzo powoli palący gardło napój. Remus czuł promieniujące od dziewczyny sprzeczne emocje. Tak jakby zastanawiała się, czy zdobyć się na szczerość, czy może dalej udawać beztroskę. - Remi, miałeś kiedyś wrażenie, że świat wali ci się na głowę? – podjęła po dłuższej chwili, wpatrując się w płomienie, liżące kłody drewna w kominku. Przez parę chwil panowała cisza. - Tak – odpowiedział w końcu, jakby i on zdecydował się odsłonić nieco bardziej. - I co wtedy można zrobić? - Żyć dalej – wyszeptał i wyciągnął zdecydowanym ruchem szklankę z jej ręki. Zamilkli, każde zatopione w swoich myślach. Jo zauważyła na stoliku w głębi pokoju czyjąś szklankę. Poderwała się i powróciła ze zdobyczą na kanapę. Nalała sobie whisky i usiadła znowu, podkulając kolana w geście sugerującym chęć schowania się przed całym światem. Panna Shadowblade nie piła do tej pory żadnego alkoholu poza okazjonalną odrobiną szampana. Jednak teraz uznała, że być może potrzeba jej czegoś, co przytłumi zmysły, a umysł otuli przyjemną mgiełką niemyślenia. Remus chciał zaprotestować, ale w końcu zrezygnował. Być może wpływ miał na to fakt, że wypij już tyle, by ta przyjemna mgiełka zaczęła go ogarniać. Syriusz, jak zawsze chętny do złamania każdego zakazu i reguły, tego lata podobno po raz pierwszy się upił i poznał wszystkie uroki alkoholu łącznie z syndromem dnia następnego. Dzisiaj wepchnął butelkę przyjacielowi w rękę i zmusił do wypicia pierwszej szklanki, twierdząc, że mu to pomoże. Remus ze zdumieniem odkrył, że rzeczywiście odrobinę pomaga, przytępiając zmysły i rozgrzewając od środka. Trudno powiedzieć, czy w ciszy spędzili obok siebie kilka minut, czy kilkanaście, jednak to Jo była tą osobą, która ją przerwała. - Nie potrafię się pogodzić z myślą, że to wszystko to jedno wielkie kłamstwo. – Jedna z myśli kotłujących się w jej głowie, wyrwała się na zewnątrz. - Co jest kłamstwem? - Wszystko, że to są moi rodzice, moja siostra, moja babcia... A wiesz, co jest najgorsze?! Ja nawet nie miałam odwagi ich o to spytać... - Jo, spróbuj po kolei – wyszeptał ciepło, spoglądając na dziewczynę. - No bo widzisz, nikt mi nie powiedział, że jestem adoptowana. Ja tylko podsłuchałam awanturę pomiędzy mamą a ciotką. Chciałam zapytać milion razy, a nie potrafiłam. Cholerny tchórz ze mnie... i jeszcze jak sobie przypomnę to powtarzanie babci, że jestem jej wymarzoną wnuczką, to... – westchnęła ciężko i urwała. - Nawet, jeśli nie wiążą was więzy krwi, to czy nie możesz nią być? – spytał po chwili. - Dlaczego nikt mi nic nie powiedział!? - Pewnie z tego samego powodu, dla którego ty nie potrafisz się zapytać. Dziewczyna westchnęła ciężko i znowu zamilkła. Jedną ręką obejmowała kolana, a w drugiej trzymała szklankę z whisky. Sączyła trunek bardzo powoli, smakując każdą słodką kroplę i odczuwając każdy łyczek pieczeniem w gardle, które miało zniwelować to drugie, od powstrzymywanych łez. Mrugała oczami coraz szybciej, lecz jakaś niechciana kropla i tak wygrała, i wymknęła się spod rzęs, znacząc słonym śladem policzek. Otarła ją szybko ręką, wylewając część zawartości szklanki na szlafrok. Odstawiła szklankę i spojrzała z rezygnacją na mokrą plamę. I coś jakby się w niej załamało. - Remi, mogę się przytulić – wyszeptała cicho, nie spoglądając mu w oczy. Przytaknął głową. Przysunęła się bliżej i oparła głowę na jego ramieniu. Zamknęła oczy. W głowie odrobinę jej wirowało, ale nawet ciepło whisky nie było w stanie rozgrzać chłodu, jaki wypełniał jej duszę. Być może to był strach. Strach przed tym, czego może się jeszcze dowiedzieć, strach przed zaakceptowaniem prawdy i największy, że może się okazać, iż uczucia rodziców względem niej są równie nieprawdziwe, jak fakt pokrewieństwa. Uchyliła powieki. Ostatnie promienie zachodzącego księżyca wpadały przez okno do pokoju. Widok ten przywołał pewne wspomnienie. - Remi, wilkołaki istnieją? – spytała. Chłopak zesztywniał, co być może dziewczyna by zauważyła, gdyby nie była tak pogrążona we własnych myślach. - Tak – odparł głucho. - I tak jak w książkach mugoli zmieniają się podczas pełni? – Znowu przytaknął. – I są silne, drapieżne i rozszarpują ludzi na strzępy, pożerają serce i coś tam jeszcze?! - Jo, dlaczego o to pytasz? – wyszeptał. Słyszała bicie jego serca. Szybkie. Dlaczego takie szybkie? – z chaosu myśli wyłoniła się jedna, lecz znikła równie szybko, jak się pojawiła. - A czy taki wilkołak ma świadomość, że jest człowiekiem?! – Nie przestała pytać, jakby słowa chłopaka zupełnie do niej nie dotarły. - Nie. - To musi być straszne. I nie ma na to lekarstwa? - Nie. - To już lepiej być wampirem, potwór pełnoetatowy, człowieczeństwa brak. A może... – zasępiła się. – No, bo jakby mnie ugryzł taki wampir i byłabym na głodzie… albo wilkołak... To musi boleć tak się zmienić i wiedzieć, że jest się potworem i nic nie móc z tym zrobić – kontynuowała rozważania, wtulając się bardziej w chłopaka, ale jakby zupełnie nieświadoma jego obecności. – No, można się zabić, ale to bezsensowne... to chyba nie do zniesienia, żyć tak ze świadomością, że co dwadzieścia osiem dni stajesz się bestią, no nie?! - Chłopak wstrzymał oddech z przerażenia na początku wywodu dziewczyny, próbując zrozumieć, do czego ona zmierza. Czy ona wie?! Serce łomotało mu w piersi jak szalone, a zimny pot zrosił skórę. - Bredzę od rzeczy, no nie? – roześmiała się cicho, uświadamiając sobie własne wywody. Chłopak odetchnął wyraźnie uspokojony. - No przecież wszyscy już wiedza, że jesteś obłąkana – zażartował szybko, jakby chcąc odciągnąć ją w końcu od tego tematu. - Niby fakt. I nie zapominaj o wampiryzmie! - Racja. W którymś momencie wcisnęła się pod jego ramie i ułożyła głowę na jego piersi. Alkohol szumiał w jej żyłach, zacierając granicę i budząc śmiałość, by robić to, na co ma w tej sekundzie ochotę, nie zważając na konsekwencje. Zamknęła oczy. Chłopak na początku czuł się bardzo nieswojo, jednak ta ilość whisky, jaką wypił, zabiła nieco wrodzoną nieśmiałość, przekonanie, że powinien wszystkich trzymać na dystans, bo inaczej ich zrani. Przekonanie, co wypada, a co nie. W którymś momencie odkrył, że bliskość drobnej blondynki, wtulającej się w niego jakby w poszukiwaniu schronienia, nie jest nieprzyjemna. Wyostrzone zmysły odczuwały jej bliskość z niesamowitą wręcz intensywnością. Pachniała czymś, jakby trawą. Była taka ciepła i miękka. I bała się. Strach miał swoisty zapach, który czuły wszystkie zwierzęta. A wilkołacze zmysły strach przyciągał jak magnes. - Remi, martwię się o ciebie – wyszeptała po kolejnych minutach, które upłynęły w ciszy. - Nie ma potrzeby. To chwilowe, za kilka dni będzie wszystko w porządku. - Ale... - Będzie. Zaufaj mi. Czas się powoli sączył. Co jakiś czas ciszę przerywał trzask płonącego drewna w kominku. Oddech Jo coraz bardziej się uspokajał i Remus miał wrażenie, że zasnęła. I jemu oczy powoli zaczęły się zamykać. - Remi, dlaczego nikt mnie nie kocha? – wyszeptała cicho w jego koszulę. Coś w nim drgnęło na te słowa. Zrozumiał, że beztroska panny Shadowblade to tylko maska, pod którą kryje się burza uczuć i głębokie poczucie niepewności. - Przecież wiesz, że to nieprawda – odparł i w geście pocieszenia pogłaskał po włosach. Wiele minut później, gdzieś miedzy jawą a snem, Remus poczuł niespodziewane ukłucie w sercu. Jakby zrozumiał, ile będzie go kosztować jego postanowienie trzymania się jak najdalej od dziewczyn i wszelakich romantycznych uczuć. * Było być może parę minut po szóstej rano, gdy Syriusz cicho wyszedł ze swojego dormitorium. Zawsze w okolicy pełni wymyślali najbardziej widowiskowe dowcipy, które skutecznie skupiały uwagę hogwarckiej braci, niepozwalając zauważyć, że huncwocki kwartet jest niekompletny. Tym razem figiel miał być wyjątkowo niezwykły, co z kolei wymagało wieloetapowości przygotowań. Od trzech dni, co rano, któryś z Huncwotów musiał sprawdzać, czy wszystko idzie zgodnie z planem. Wczorajsze losowanie padło na niego. Głęboko nieszczęśliwy musiał więc zwlec się z łóżka o tak nieludzkiej porze. Wszedł do pokoju wspólnego i zamarł. Na kanapie spał Remus wraz z wtuloną w niego Jo. Coś na ten widok... tak jakby... był nieznośny! Dlaczego ona z nim?! Syriusz był tak spragniony akceptacji, że nie mógł znieść myśli, że ktoś może go nie chcieć. Wyrzuty sumienia wobec przyjaciela walczyły w nim z jakąś pierwotną wściekłością, że dziewczyna, którą sobie upatrzył, jest z innym. - Czas wstawać, gołąbki – gruchnął, nie mogąc powstrzymać sarkazmu. Remus szybko otworzył oczy i spojrzał na przyjaciela. - Musisz budzić ludzi po nocy – warknął zły, że został przyłapany w takiej sytuacji. - Słodki widok. Jo uchyliła powieki, uniosła się odrobinę, ziewnęła i już chciała znowu paść na „łóżko”, gdy coś do niej dotarło. Otworzyła oczy nagle przytomna. Przed sobą miała szare i kpiące oczy Blacka, a tuż obok rozczochrane włosy Remusa. Przez kilka sekund nie wiedziała, gdzie jest ani czy to sen, czy już jawa. To my tak razem zasnęliśmy?! - przemknęło jej przez myśl, gdy nocne wydarzenia zaczęły się odrobinę przedzierać przez mgłę spowijającą jej umysł. Spojrzała na Remusa i zaczerwieniła się gwałtownie. A potem doszło do niej, że umiera z pragnienia i czuje się tak jakoś dziwnie. Zerknęła na prawie pustą butelkę na stoliku i dwie szklanki. Piłam jakieś świństwo?! Black zachichotał, co wprawiło ją jak zwykle w irytację. - Czyżby jakieś dziury w pamięci – zakpił. Co tylko zwiększyło jej irytację, chwilowo odsuwając na bok zmieszanie zaistniałą sytuacją. - Żadnych – warknęła i bez zastanowienia pochyliła się, i cmoknęła Remusa w policzek. – Dzięki – powiedziała do chłopaka, po czym, nie zaszczycając Syriusza nawet jednym spojrzeniem, poszła do swojego dormitorium. - Nie spodziewałem się, że tak wykorzystasz tę whisky, ogierze – zarechotał Black. - Zamknij się – warknął Remus. Black posłusznie zamilkł i jakby się zreflektował. Chyba czas znaleźć sobie dziewczynę. Najlepiej miłą. No i ładną też. Ale miłą. Nie taką żmiję jak Shadowblade. Przypisy 1 - Mirabel jest mugolskiego pochodzenia. Jej rodzice zajmują się ogrodnictwem i posiadają kompleks szklarni, w których białowłosa Gryfonka od dziecka z radością przebywała i pracowała. Stąd też nic dziwnego, że jak tylko przybyła do Hogwartu, jej ulubionym przedmiotem zostało zielarstwo. Dziewczyna wykazywała taki zapał i taką wiedzę, że w końcu profesor Sprout przyjęła ją na coś w stylu nieoficjalnego asystenta. Dla Mirabel to było największe szczęście na ziemi i w ten oto sposób prawie cały swój wolny czas spędzała w szklarni i, jak to zawsze mówiła, bawiła się grzebaniem w ziemi. komentarze [18] Wieści z redacji - niedziela, 15 lipica 2007 13:41:33 Jak widać uniosłam się ambicją po ostatniej ocenie i wzięłam za szablon. Wszelakie opinie mile widziane, a wręcz pożądane! Druga część rozdziału XI dzisiaj wieczorem jak się uda, a jak się nie uda to jutro. Ps. Dopisek z godziny 23:08 - rozdział poszedł do korekty, a więc będzie jutro. komentarze [6] Rozdział XI/1 – „There’s a moon over Bourbon Street tonight”, część pierwsza. - środa, 4 lipica 2007 18:23:35 * Syriusz wszedł cicho do dormitorium. Jasne światło księżyca wpadało przez okno, malując dziwaczne cienie na podłodze. Otulało chłodnymi promieniami Remusa, wyostrzając rysy jego twarzy i nadając jej wręcz nieludzki wyraz. Chłopak przed pełnią robił się rozdrażniony i gwałtowny, a jednocześnie jeszcze bardziej zamknięty w sobie. - James już odrobił wachtę przyjacielską – mruknął, gdy Łapa podszedł do łóżka. - I myślisz, że ci się teraz upiecze – zażartował Syriusz. - Jo zaczęła poznawać swoje współlokatorki? - spytał, wspominając słowa Jamesa i hałasy w pokoju wspólnym. - Nasze dziewczątko zaczyna się socjalizować – wyszczerzył zęby Syriusz. - Nasze co? - Znaczy się twoje! - Moje?! - Remus zbaraniał, po czym coś do niego dotarło. Postanowił zmienić nieco temat. - Ta mała chyba niezbyt cię lubi. - Sara? - Chłopak przytaknął. – Dzień dwa i ulegnie mojemu czarowi – zażartował. - Tak jak Jo? - No z Jo to może potrwać trochę dłużej. - A co potem? - Po czym? - Jak ci już ulegnie. - A co by miało być?! – Syriusz wydawał się być zupełnie zdumiony. - Znaczy się ja wcale nie planuje jej podrywać, w końcu jest twoja – dodał po chwili obronnie. Remus westchnął i nie podjął tematu. Syriusz spojrzał na Lunia, który znowu popadł w ten swój nastrój, i się zasępił. Zawsze próbowali sprowadzić jego wilkołactwo do „małego futerkowego problemu”. Zbagatelizować. Zwłaszcza kilka dni przed pełnią. Zwłaszcza, gdy w przyjacielu zaczynały się pojawiać przebłyski czegoś nieludzkiego. Zwłaszcza, że tak naprawdę czuli się zupełnie bezradni. I nic tego nie zmieniało. Nawet to, że zostali animagami. I bali się. Bali o Remusa przed każdą pełnią. Bali, że zrobi jakieś głupstwo. Bo mimo że chłopak powiedział tylko raz, iż nie chce żyć jako potwór, przed każdą pełnią widzieli w jego oczach tę samą chęć przerwania własnej udręki. Syriusz przysiadł na łóżku obok przyjaciela, który patrzył w jasne, obojętne i coraz bardziej okrągłe oblicze bezlitosnej Luny. Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Syriusz zastanawiał się, co powiedzieć. Jak okazać wsparcie. Jak pomóc. Po czym największy bawidamek Hogwartu odkrył, że nie znajduje żadnych słów. - Idź spać – wyszeptał w końcu Remus, zdobywając się na nikły uśmiech. - Niczego nie potrzebujesz? – podjął kiepską próbę. - James ze swoim dowcipem i troskliwością godną Poppy Pomfrey w zupełności mi na dzisiaj wystarczy. - Syriusz skinął głową w odpowiedzi. - Jakbyś... - Wiem. * Światło księżyca. Jasne, chłodne, tajemnicze. Nadające nocom dziwnej magii. Budzące czasami niezrozumiałą tęsknotę. Obojętnie przyglądające się miłosnym uniesieniom kochanków, jak i zbrodniom popełnianym w ciasnych zaułkach. Budzące głębokie przerażenie w jednym piętnastoletnim chłopcu. Remus nie mógł spać. Nigdy nie mógł spać przed pełnią. Wszystkie jego zmysły się wyostrzały. Czuł zapach czekoladowych żab, które Peter trzymał pod poduszką i teraz rozgniatał na drobną miazgę. Słyszał trzepot skrzydeł nietoperza, który podleciał do zamku. Te kilka dni przed pełnią były równie trudne, jak ona sama. Zapanowanie nad nagle rozszalałymi zmysłami wymagało ogromnego wysiłku. Krew pulsowała mu głucho w żyłach, a jeszcze uśpione instynkty wilka chciały wydostać się na zewnątrz. Te chłodne promienia nigdy nie pozwalały mu zapomnieć, kim tak naprawdę jest. Potworem. Kreaturą, która potrafi wyczuć człowieka z odległości kilometra i rozszarpać na strzępy lub też zmienić w sobie podobne monstrum. Gdzieś w środku jego duszy tkwiła lodowata bryła przerażenia, nie pozwalająca odetchnąć głębiej. Ukrywana tak głęboko, by nikt jej nie dostrzegł. I bezradność. Mały futerkowy problem. Lodowaty dreszcz wstrząsał nim, gdy wspominał poprzednią pełnię. Oczywiście, gdyby nie Peter, to nic by nie wiedział. James i Syriusz zawsze starali się go chronić, mimo że on tego nie chciał. Na Petera wystarczyło jednak spojrzeć w odpowiedni sposób, by powiedział wszystko, co wie. Remus nie miał złudzeń, wiedział, że przeraża małego szczurka. I to właśnie od Petera dowiedział się, że tamtej nocy Jo była na błoniach, tuż obok Bijącej Wierzby, a Łapa siłą zaciągnął ją do zamku. Nie chciał, by znowu to robili. Wychodzili z zamku i włóczyli się. Oni jednak byli tacy uparci. Na wszystko mieli argument. Tak jest bezpieczniej, bo oni potrafią zapanować nad nim. I tak dalej, i tak dalej. Jak szalonym trzeba być, by zostać animagiem, żeby włóczyć się z wilkołakiem?! I to nawet Peter! Momentami myślał, że to tylko sen. Obudzi się i znów będzie sam, zaszczuty i znienawidzony. Nie przypuszczał, że kiedykolwiek znajdzie się ktoś, kto będzie w stanie znieść prawdę o nim samym. A tu było ich aż trzech. Co więcej oni nie widzieli żadnego problemu. Jak to możliwe?! Za każdym razem, gdy uświadamiał sobie, jakie miał szczęście, trafiając na takich przyjaciół, czuł głęboką wdzięczność do losu. Czasami bał się, że coś im zrobi. Mimo że wiedział, że wilkołaki nie atakują zwierząt. Jednak... Przecież gdy tylko zmieni postać, nie będzie pamiętał, kim jest. Tak naprawdę to wcale nie ból towarzyszący przemianie, nie te dni przed pełnią, kiedy z ledwością panował nad zmysłami były najgorsze, lecz ta dziura w pamięci po. Mógłby kogoś ugryźć. Mógłby kogoś zabić. I nic by nie pamiętał. Chłopak zacisnął z bezsilności dłonie na pościeli i przymknął oczy. Z pewnej przekory nigdy nie zasłaniał okien. Czas powoli się sączył, a promienie księżyca padały pod coraz to innym kątem. Zamek, mimo środku nocy, nie był spokojny. Słyszał szczury buszujące gdzieś w lochach. Panią Norris miauczącą zawzięcie, stąd mógł wnosić, że znów ktoś kotkę gdzieś zamknął. Chrapanie jakiegoś chłopaka piętro wyżej. Jo przewracającą się z boku na bok w pościeli. Znał jej zapach. Jego wilcze zmysły go zapamiętały i rozpoznawany w milionie innych, drażniących jego zmysły. Skóra go swędziała. Miał wrażenie, że rosną mu włosy, co budziło chęć drapania się do krwi. To było tylko złudzenia, ale jak silnie mamiące zmysły. Gdy księżyc w końcu zaszedł, chłopak zapadł w niespokojny sen. * - Wstawaj! – Natarczywe, powtarzające się wołanie wyrwało ją właśnie z jakiegoś przyjemnego snu. Uchyliła powieki i zobaczyła nonszalancko opartego o kolumienkę łóżka... - Black! Na Godryka! Co ty tu niby robisz?! – wykrzyknęła, uniosła głowę z poduszki, po czym, być może dochodząc do wniosku, że nie ma się czym ekscytować, pozwoliła jej znowu opaść. Black od czasu jej zatargów z Marcusem i zapewnienia jej noclegu w dormitorium Huncwotów, nie narzucał się jej swoją obecnością, by nie powiedzieć, że jej unikał, więc na dobrą sprawę była zaskoczona jego widokiem. - Chciałaś, żebym przyszedł cię obudzić. To jestem, jak ten rycerz w lśniącej zbroi, czy jakoś tak – odparł. Dochodzące gdzieś z głębi pokoju, czy być może łazienki, piski świadczyły, że jej współlokatorki zauważyły mężczyznę i budziło to ich panikę. - Black, bredzisz! Niczego podobnego nie chciałam. - Chciałaś! - Nie! - Chciałaś! – Jak echo dobiegł jakiś głos z kąta pokoju. Jo zerknęła w jego kierunku i dostrzegła brązowe loki, przypominające jej o nocnych wydarzeniach. - I ty, Brutusie, przeciwko mnie – westchnęła. - Co?! – Dwie pary oczu wlepiły się w nią ze zdumieniem. - Nieważne – mruknęła i zamknęła oczy, bo promienie słońca usiłowały ją oślepić. Intensywne spojrzenie Blacka nie dało jej jednak spać w spokoju. – No, zaraz wstaję! Możesz już sobie iść. - I darować sobie twój widok w kusych spodenkach i koszulce... - Skąd wiesz?! Może mam na siebie jakąś okropną piżamę – odparła i pokazała mu język. – Jak się czuje Remus? – dodała po chwili. Na to pytanie wyraz twarzy Syriusza nagle się zmienił. - Twój chłopak będzie żył – mruknął. - Mój co? – prawie zakrztusiła się, słysząc podobną rewelację. - Syriusz, znikaj już stąd, bo te idiotki nie przestaną piszczeć w łazience. – Do rozmowy postanowiła się wtrącić Sara. - Właśnie, znikaj! Bo znowu znajdę jakieś zabawne zaklęcie! - Remusowi by się nie podobało, że tak tu się kręcisz – dodała Sara. A Black, niespodziewanie, rzeczywiście wyszedł z dormitorium na słowa Sary. A za nim, po chwili, trzy pozostałe, rzeczone „idiotki”. - Remus nie jest aż taki sztywny – rzuciła Jo na obronę kolegi. - Godryku! Jakie to ślepe i nic nie rozumiejące – mruknęła Sara, wykazując zdumiewającą jak na jej wiek zdolność obserwacji relacji międzyludzkich. - Że niby co? - Że niby pstro – odparła dziewczynka i pokazała język koleżance. – Ciągnie was do siebie – rzuciła po chwili do blondynki, z wielką niechęcią zwlekającej się z łóżka. - Kogo do czego? - Raczej kogo do kogo – poprawiła. - Skąd te dzieci w dzisiejszych czasach takie bezczelne – mruknęła jakby do siebie Jo w drodze do łazienki. - Słyszałam! - To „kogo do kogo” niby ciągnie? – spytała Jo, przegrywając z ciekawością. - Ciebie i Syriusza – odparła Sara i nie mogła powstrzymać chichotu, gdy jej koleżanka zakrztusiła się pastą do zębów. - Cio? - Panno Shadowblade, nie udawaj aż tak głupiej, przecież widać, że mu się podobasz. - Saro, dziecko, ile ty się jeszcze musisz o świecie nauczyć – mruknęła Jo, przecierając zaplute pastą do zębów lustro. – Black się tylko wydurnia i namiętnie mi dokucza. - O naiwności! Ty naprawdę w to wierzysz?! - Ja to wiem, Saro. W fakty nie trzeba wierzyć. Black, jak to sama określiłaś, jest okropny i zarozumiały, i uwielbia, używając swojego czaru, manipulować naiwnymi owieczkami, więc nie próbuj się doszukiwać romantyczności tam, gdzie jej nie ma! - Okropny i zarozumiały, a i tak go lubisz! - Łapcia ciężko nie lubić. Jednak totalną głupotą byłoby złapać się na jego lep uwodziciela. Nie zdziwiłabym się, gdyby miał jakiś czarny notes z długą listą zdobyczy i kandydatek na zdobycze, i tylko odhaczał. - Mów, co chcesz, ale ty mu się podobasz i mam rację – odparła z niezachwianą pewnością Mała. - Skąd niby bierze się to przekonanie?! - Trzy starsze siostry robią swoje. - Shadowblade!!! Rusz w końcu swój tyłek! – Dobiegł ich ryk z pokoju wspólnego. - Rycerz w lśniącej zbroi cię przyzywa – ryknęła śmiechem Sara. * Jo siedziała w Wielkiej Sali i grzebiąc smętnie w płatkach z mlekiem, ustalała plan dnia. Przez olbrzymie okna do sali wpadały snopy światła, radośnie oznajmiając, że przestało padać. Co nieco dziwne, widok ten nie ucieszył Jo tak, jak można by się spodziewać. Być może wynikiem tego była niemiła myśl, że musi odnaleźć Mirabel i ją przeprosić. Panna Shadowblade nie była zbyt dobra w przepraszaniu. Owszem, raz mogła powiedzieć, aczkolwiek czasami raz to było za mało, a kolejny z reguły pociągał za sobą tłumaczenie się z własnego zachowania. Jo nienawidziła tłumaczyć się z własnego zachowania, a problemy z reguły upakowywała dość beztrosko do szufladki z etykietką „później będę się tym martwić”. Dziewczyna podniosła wzrok znad płatków, Syriusz i James zażarcie o czymś szeptali, pewnie kolejny durny pomysł, ale jak dobrze pójdzie, nie będzie jego świadkiem. Peter pochłaniał kolejne kanapki i tylko co jakiś czas wtrącał swoje trzy grosze do dyskusji. Sara szczebiotała ze swoimi koleżankami. Mirabel ani Remusa nigdzie nie było widać. Śniadanie było porą, kiedy do uczniów przychodziła poczta. Aczkolwiek ci, którzy spodziewaliby się listonosza, mogliby się dość mocno rozczarować. Co rano przez parę minut Wielką Salę wypełniał ogłuszający trzepot skrzydeł setek sów. Czarodzieje mieli zgoła dziwne metody transportu poczty, aczkolwiek Jo doszła do wniosku, że skoro historia wykorzystywała już gołębie, to czemu by nie sowy. Podobno mądrzejsze. Gryfonka szybko przestała zwracać uwagę na ptaki, co mogło nieco dziwić, albowiem tak często spóźniała się na śniadanie, że widziała może dostawę poczty ze dwa razy. Jednakże panna Shadowblade nie spodziewała się żadnego listu, więc nie uważała za stosowne poświęcać temu więcej uwagi, niż jest to konieczne. Gdy nabierała jednak kolejną łyżkę rozmoczonych płatków, jej zaspanie zostało przerwane przez lądującą obok jej miski sowę. Przez chwilę patrzyła się na nią nierozumiejącym wzrokiem. - Zdaję się, że dostałaś list – wyszeptał Remus, siadając obok zdumionej dziewczyny. Blondynka skierowała na niego swój wzrok i zmarszczyła brwi ze zmartwienia na zaistniały widok. - Remi, dobrze się czujesz? – spytała, dotykając jego ramienia. Na ten gest odwrócił się gwałtownie w jej stronę. W jego oczach błysnęło coś niezrozumiałego dla niej. - Będzie dobrze, Jo. Nie masz się o co martwić – powiedział łagodnym głosem. Chłopak wyglądał na wycieńczonego. Trupioblada twarz i jeszcze głębsze, niż zwykle, cienie pod oczami zdawały się sugerować, że cierpi na jakąś przewlekłą chorobę. – Powinnaś odebrać list – dodał, widząc niecierpliwiącego się ptaka. - To nie do mnie – mruknęła i znowu spojrzała na niego. Z całej jego osoby emanowała jakaś nerwowość czy może gwałtowność, coś czego nigdy wcześniej u niego nie zauważyła. - Czy... - Jo, sowa cię zaraz dziabnie. Oczywiście, że list jest do ciebie, skoro do ciebie przyleciała – przerwał jej wypowiedź. Spojrzała na niego bezradnie. Chłopak przywołał ptaka do siebie i ostrożnie odwiązał list. – Proszę bardzo. Jo zerknęła na kopertę. Miała znaczki z królową i wyglądała jak zwykły mugolski list. Rozerwała niecierpliwymi ruchami kopertę i szybko rozwinęła list. Już pierwszy rzut oka na treść pozwolił jej ocenić nadawców. Londyn, 7.12.1975 Kochana córeczko!!! Obiecywałaś, że będziesz pisać! Dlaczego nie piszesz? Mam nadzieje, że nie jesteś chora. Mówiłam ci, że ta Szkocja jest zupełnie niezdrowa! Chodzisz w czapce i szaliku i unikasz przeciągów? Wiesz, jestem przekonana, że odziedziczyłaś po mnie problemy z zatokami i jak nie będziesz o siebie dbać... Jo przeczytała kolejne kilkadziesiąt linijek, traktujących o chorobach, pytaniach o odżywianie, nauczycieli i naszpikowanych milionem dobrych rad, tonem obaw i niepokoi oraz równie wielką ilością opisów poszczególnych dolegliwości swojej rodzicielki. Elen Shadowblade nie była złą matką, była tylko nazbyt troskliwa i miała skłonność do popadania w histerię. Jo bardzo ją kochała, choć trzeba przyznać, że momentami nie mogła z nią wytrzymać. W którymś momencie pismo mamy gwałtownie się urwało. Kochana córeczko, musiałem mamie siłą wyrwać papier. Na pewno już cię całkowicie zamęczyła swoimi obawami i dobrymi radami. Choć w jednym muszę jej przyznać rację – obiecałaś napisać. Wiesz, że jako rodzice martwimy się o ciebie. Jak by to powiedziała mama, zrozumiesz, kiedy będziesz miała własne pociechy. Ciotka Jennifer, chwała Panu za to, w końcu wyjechała. Aczkolwiek obawiam się, że powróci jak zły szeląg. Odkąd biedny Rupert umarł (nie mów tego mamie, ale jestem pewien, że to był najszczęśliwszy dzień jego życia), zdaje się czuć samotna i zamęcza nas swoją obecnością. Jo wróciła do fragmentu pisanego przez mamę. Ciotka Jennifer chciałaby z nami spędzić święta. Jeszcze nic mi mówiłam tacie, wiesz, jak on nie lubi gości, ale wydaje mi się, że dla własnej rodziny powinien zrobić wyjątek... Tatuś ma ten instynkt – mruknęła do siebie Jo i powróciła do czytania kawałka pisanego przez ojca. Nie wiem, czy mama ci pisała, ale dostaliśmy ostatnio list od babci Eleonory. Dopytywała się o ciebie. Zresztą zawsze byłaś jej ulubioną wnuczką. Zapraszała nas też na święta, ale wiesz, jak mama nie lubi wyjeżdżać i to jeszcze do tego „kraju barbarzyńców”. Nie wiem, skąd jej się bierze to odcinanie od korzeni. Ale wracając do tematu. Wiem, że nie znosisz ciotki Jennifer, a znając moje szczęście, na pewno nas zaszczyci swoją obecnością przez święta i tak myślałem, że może ty byś odwiedziła Eleonorę? W końcu jesteś w Szkocji, więc będziesz mieć do niej blisko. Mówiłem już o tym mamie i nawet chyba jej się pomysł spodobał. Zawsze boi się, że Eleonora się obrazi, jak nie przyjedzie, a jak ognia unika odwiedzenia matki. Odpisz szybko. Później znowu list przejęła mama, rozwlekle opisując lokalne plotki oraz także wspominając o liście od babci. Na samym końcu drobnym pismem zaznaczyła swoją obecność trzecia osoba. Ty moja siostro marnotrawna! Zupełnie zapomniałaś o rodzince przyznaj się? Pewnie mama zamęczyła cie na śmierć i nawet tego nie przeczytasz ale musze ci coś powiedzieć Edward z V klasy mnie pocałował! Oczywiście spoliczkowałam go za taką śmiałość ale było to całkiem ciekawe dośfiatczenie. Poza tym zamęczam mame o kota. Prawie uległa. Oczywiście wyczytała w tych swoich pismach medycznych o jakiejś alergi czy coś, co mogą zwierzęta powodować i szaleje jak zwykle. Mi się wydaje że babcia Elenora to ją w kapuście znalazła. W ogule tobie to dobrze ( przypuszczam że pojedziesz do babci) nie będziesz musiała cioteczki znosić. Nienawidze jak mi mówi, jakim jestem ślicznym dziewczątkiem... bleee O! Chyba Liza przyszła muszę kończyć. Musisz mi napisać jak tam jest w tej twojej dziwnej szkole. W ogule to ja od zawsze wiedziałam że ty do końca normalna to nie jesteś. Jo zachichotała cicho, docierając do ostatnich zdań listu. Jej kochana siostrzyczka zawsze potrafiła ją rozśmieszyć. I już się chwat całował, a ma dopiero dziesięć lat, aż strach pomyśleć, co będzie, jak podrośnie. - List od rodziny? – spytał Remus, obserwując zmieniające się emocje na twarzy dziewczyny. Kiwnęła głową, złożyła kartkę papieru, włożyła do koperty i zerknęła na chłopaka. - Tak. Nie miałam pojęcia, że tu może dojść mugolska poczta – powiedziała, po czym ze zdumieniem odkryła, że sowa dobrała się do jej płatków. – Ej, no... – mruknęła, próbując odgonić ptaka, który dziabnął ją w rękę. – No, jak możesz – spojrzała z wyrzutem w olbrzymie brązowe oczy. Sowa bezczelnie zignorowała blondynkę i zaczęła sobie czyścić piórka. - Z reguły daje się im jakiś przysmak za przyniesienie poczty - podjął Syriusz, spoglądając z rozbawieniem na Gryfonkę, starającą się wyglądać niezwykle groźnie i zupełnie niepodatnego na to ptaka. - Za to, że mnie to coś ugryzło? – spytała z pretensją, ssąc krwawiący palec. - Jakbyś ją nakarmiła, to by cię nie ugryzła. – Spojrzała na niego morderczym wzrokiem. Ten w porywie bliżej nieokreślonym podał sowie kawałek parówki. Ta ją pochłonęła, mrugnęła do chłopaka i odleciała. Jo zasępiła się. Wychodzi na to, że „będę się tym martwić później” właśnie zaczęło się do niej dobijać. - Jo? Idziemy – powiedział Remus, przywołując ją do rzeczywistości. Przywołała na twarz standardowy promienny uśmiech i szybko wstała. Tak, panna Shadowblade uważała, że wizerunek beztroskiej optymistki, która ma pstro w głowie jest bardzo wygodny. * Jo była typem osoby, która uważała na zajęciach, które ją interesowały i ignorowała zupełnie te, które wydawały jej się do niczego niepotrzebne. Prawdą jest, że ostatnie dwa miesiące spędziła albo w bibliotece, albo w sali eliksirów, jednak najwięcej czasu przeznaczała na zgłębianie tego, co ją interesowało, a na chwilę obecną były to eliksiry i zaklęcia. Mimo głosu rozsądku odzywającego się raz za czas, nawet nie zerknęła na historię magii, a zadania na astronomię praktycznie robił jej Remus. Oczywiście zawsze zaczynało się od „Remi, mam problem”, a kończyło na tym, że chłopak ulegał żałosnej minie i widocznemu brakowi zdolności w tym kierunku, i robił zadanie za nią. Teoretycznie niby miała wyrzuty sumienia, że tak wykorzystuje chłopaka, ale chyba tylko teoretycznie. Dzień był słoneczny i chłodny, w końcu był już grudzień. Nagie gałęzie smętnie kołysały się w podmuchach wiatru, a buty ślizgały się na mokrych liściach. Jo uważała zajęcia z opieki nad magicznymi stworzeniami za średnio interesujące. Być może miało to związek z prowadzącą zajęcia, która zdawała się podzielać poglądy Jo na ten temat i nie była w stanie zainteresować swoim przedmiotem uczniów. Głowę panny Shadowblade zaprzątało z milion myśli, począwszy od zastanawiania się nad złotymi iskierkami w pracowni eliksirów (może jednak to były zwidy), poprzez wyrzucanie sobie jak mogła zapomnieć wynagrodzić Marcusowi jego „uprzejmość”, po badawcze spoglądanie na Remusa. Było w nim coś innego. Nie potrafiła tego określić, ale jak z kimś przesiaduje się godzinami w bibliotece, to nawet nie rozmawiając cały czas, poznaje się go. Czy było to już wcześniej, a ona nie zwróciła uwagi?! Taka jakaś powstrzymywana gwałtowność i czujność jak u dzikiego zwierzęcia. Może coś się stało i czymś się niepokoi?! Bardziej niż zwykle trzymał się na uboczu i chyba po raz pierwszy nie chłonął wykładu. I jest taki blady! A jeśli ma gorączkę?! Czemu nie poszedł do pani Pomfrey! Powinien leżeć w łóżku, a nie stać na wietrze. Jo widząc, że nauczycielka (oczywiście nazwiska nie zapamiętała, pomimo tylu zajęć) nie zwraca większej uwagi na otoczenie, szybko podeszła do chłopaka. - Remi? – wyszeptała, a widząc, że nie reaguje, dotknęła jego dłoni. Odwrócił się do niej, znowu niezwykle gwałtowanie. – Przepraszam – mruknęła stropiona, nie rozumiejąc, o co w tym wszystkim chodzi. - Za co przepraszasz? - spytał. Po czym jakby coś do niego dotarło. – Nie, to ja przepraszam. Chyba się zamyśliłem i mnie zaskoczyłaś – dodał z marną próbą usprawiedliwienia i bladym uśmiechem. - Byłeś u pani Pomfrey? – spytała. - U pani Pomfrey? Dlaczego? - Chłopcy mówili, że jesteś przeziębiony – odpowiedziała coraz bardziej zdezorientowana. - Aa... Nie, to nic takiego. - Bagatelizujesz, a potem będziesz jeszcze bardziej chory. Pewnie masz gorączkę – wyszeptała i wyciągnęła rękę, jakby chciała dotknąć jego czoła. Chłopak szybko chwycił jej dłoń i zamknął w swojej. - Jo, skupmy się lepiej na lekcji – powiedział z naciskiem, po czym puścił jej dłoń. Ależ krew mu pulsuje w żyłach! Na pewno nie jest zdrowy. -Ale... – podjęła. - Jo! - Karmelowe oczy patrzyły na nią tak stanowczo, jak nigdy. Panna Shadowblade niechętnie zerknęła na coś, co wyglądało jak skrzyżowanie jaszczurki z kanarkiem i udała, że słucha. Przypisy: Oczywiście błędy w części listu siostry Jo zostały zastosowane celowo. komentarze [13] Notka redakcyjna - niedziela, 1 lipica 2007 22:20:31 A więc moi drodzy, następny rozdział pojawi się w ciągu kilku najbliższych dni, albowiem po rozważeniu wszystkich za i przeciw, postanowiłam jeszcze kilka fragmentów pomęczyć. Rozdział będzie długi (ma już 22 strony, a brakuje mi ostatniej sceny), stąd też podzielony zostanie na 3 części. Myślę, że wielbicielka każdego z panów znajdzie w nim coś dla siebie. Dziękuje za komentarze i mam nadzieje, że historia panny Shadowblade daję wam choć cząstke tej radości jaką mi daje pisanie. komentarze [4] Rozdział X/2 - Jeden bardzo długi dzień, część druga. - piątek, 22 czerwca 2007 19:48:39 * Można by rzec, że po sławetnej zemście stosunki pomiędzy Ślizgonem a Gryfonką uległy ociepleniu. Oczywiście, jeżeli przez słowo ocieplenie rozumie się, że nie mieli w najbliższych planach pozabijać się nawzajem. Poza kąśliwymi uwagami, których nie szczędzili sobie nawzajem w żadnej sytuacji, ich relacje przebiegały względnie poprawnie, czyli każdy zajmował się sam sobą i starał się nie wchodzić w drogę temu drugiemu. Jo czasami zadawała jakieś pytania Severowi, ten czasami, w zależności od humoru, odpowiadał. Z drugiej strony, nawet samozwańczy mistrz eliksirów wykazywał niekiedy odrobinę zainteresowania wyczynami jego obłąkanej podopiecznej. Oboje mieli niezwykle rzadko spotykaną, swoistą intuicję do warzenia eliksirów, która sprawiła, że instynktownie wiedzieli, jakie składniki łączyć ze sobą, by osiągnąć jak najlepszy efekt. Oczywiście, gdyby Severus wiedział, że Jo warzenie eliksirów kojarzy się z czymś tak prozaicznym, jak gotowanie, to padłby pewnie trupem na miejscu, ale nie wiedział. Prawdopodobnie, gdyby kiedykolwiek zdecydowali się pracować wspólnie, to wyszedłby im niezapomniany eliksir, ewentualnie wysadziliby połowę lochów. Teraz jednak... - Shadowblade! – syknął Ślizgon, po czym widząc, że nie reaguje, szarpnął ją mocno za rękę. - Jak koniecznie chcesz wysadzić jakiś kociołek i pół pracowni, to chociaż swój! - Co? – Dziewczyna spojrzała nieprzytomnie na chłopaka, ściskającego dość mocno jej rękę. - Na Salzara! Za jakie grzechy jestem na ciebie skazany?! - warknął, ale zabrzmiało to prawie jak westchnienie. Od momentu, gdy Jo zaczęła uczęszczać na zajęcia z piątym rokiem, McNell oczywiście przydzieliła jej Snape jako partnera przy stoliku, czy też może raczej, w drugą stronę, Severus został nią uszczęśliwiony. - Sev, czy widzisz to, co ja? - Jedną obłąkaną Gryfonkę1?! - Tam... na ścianie… – Pociągła go za rękaw, chcąc skierować jego wzrok we właściwe miejsce. - Eksperymentowałaś z prawem Eoloy’a w odniesieniu do eliksirów halucynogennych? – rzucił kąśliwie. - Ale... - Panno Shadowblade, może podzieli się panna swoimi przemyśleniami? – ostry głos McNell przywołał dziewczynę do rzeczywistości. - Właśnie mówiłam do Severusa, że wartość współczynnika Eoloy’a dla niektórych eliksirów halucynogennych świadczy o ich dużej lotność i wchłanialności drogami oddechowymi, co powoduje, że skutki ich działania można zaobserwować przy samym wdychaniu par – podjęła Jo. McNell przez chwilę wyglądała jak ropucha, której mucha nagle uciekła sprzed języka, szybko jednak odzyskała rezon. - Gryffindor traci dwadzieścia punktów za rozmawianie na lekcji – warknęła. Jo westchnęła, ale nic nie powiedziała. Po tych kilku miesiącach wiedziała, że nie ma to najmniejszego sensu. Ropucha jej szczerze nienawidziła, i z wzajemnością. Regularnie stawiała jej trolla, zapewniała permanentne szlabany oraz wszem i wobec ogłaszała, że jest najbardziej beznadziejną uczennicą, jaką kiedykolwiek miała przyjemność uczyć. Stąd też pannie Shadowblade musiała wystarczać własna świadomość, że jest inaczej. Po chwili namysłu dziewczyna doszła do wniosku, że jeśli ktoś będzie się uczył metod wychowawczych i techniki prowadzenia zajęć do McNell, to będzie miał straszliwie skrzywioną psychikę. W duchu prawie żałowała przyszłych pokoleń dręczonych przez następczynię, czy może następcę, Wielkiej Ropuchy. Reszta lekcji minęła Gryfonce niepostrzeżenie, bowiem ściana ciągle przyciągała jej wzrok, pomimo że złote iskierki, które dostrzegła na początku zajęć, wydawały się być rzeczywiście tylko halucynacją. * Był późny wieczór. Bardzo późny. Jo huśtała się na krześle, narażając się na rozbicie głowy o kamienną podłogę, i wpatrywała smętnie w kociołek, znad którego unosił się brunatno-zielony dym. Cała sala przesiąkła zapachem zgniłych jajek. O dziwo, zdawał się on doskonale wpasowywać w standardowy aromat chłodnych i wiecznie wilgotnych murów lochów. Idealne miejsce na torturowanie mniej lub bardziej winnych oraz łapanie doła, co właśnie czyniła panna Shadowblade. Po chwili rozważania, doszła do wniosku, że przy podłym humorze nawet najprostsze eliksiry jej nie wychodzą. Drapanie w drzwi przerwało dziewczynie pogrążanie się w otchłani rozpaczy2 - Pani Norris, nie szpiegujesz dzisiaj nieposłusznych uczniów? – zażartowała, wpuszczając kotkę do pomieszczenia. Zwierzę pokręciło się po sali i wydało kilka miauknięć. – Chcesz na kolana? Kotka zdaje się tylko na to czekała, bo wskoczyła, oczywiście z prawdziwie kocią gracją, na kolana dziewczyny. Jo podejrzewała, że ma jakieś siedem, osiem miesięcy, sądząc po rozmiarach. Futerko mieniło się wszystkimi możliwymi kolorami, począwszy od szarości, a skończywszy na rudo-brązowym. Poszarpane lewe ucho wskazywało, że to raczej wojownicza bestia. Zresztą, jakie inne stworzenie przetrwałoby w szkole? Trawiasto-zielone oczy wypatrywały się w nią badawczo. - Gdyby ktoś mnie zobaczył, jak rozmawiam z kotem, to do reszty uznaliby mnie za obłąkaną – mruknęła Jo do futrzaka. – Ty tak nie uważasz? – Kot spojrzał na nią uważnie, jakby dając do zrozumienia, że jednak nie. – Pocieszające. Wiesz, pani Norris, myślę, że powinnaś mieć imię, co ty na to? Nie, oczywiście tylko, jak będziemy sam na sam. Co sądzisz o Norze? Może być? - Zielone oczy błysnęły przyzwoleniem. Jo zaczęła drapać kotkę za uszami, na co odpowiedziało jej zadowolone mruczenie. – Choć, wiesz, to może być krótka znajomość. Mam niezwykły talent do pakowania się w kłopoty i mówienia, zamiast myślenia. Dzisiaj nie dość, że Sowa, to jeszcze Mirabel. Schrzanić dwie rzeczy jednego dnia to całkiem niezłe osiągnięcie, nie sądzisz? Wiesz, Noro, chyba sytuacja zaczyna mnie przerastać. Nie jestem w stanie opanować tego całego materiału do sumów, to jest po prostu fizycznie niemożliwe! Doba musiałaby mi się wydłużyć jeszcze przynajmniej o kolejne dwadzieścia cztery godziny. Z kolei myśl o porażce jest nie do zniesienia!!! I tak mamy stan permanentnej frustracji, wyładowanej w przebłyskach na otoczeniu. – Dziewczyna westchnęła przeciągle, a kotka wbiła delikatnie pazury w jej rękę. – Mam się nie użalać?! No, masz rację. Sama tego chciałam, ale nie daję rady. Tak po prostu. I to uczucie mnie strasznie irytuje. A wiesz, co jest najśmieszniejsze?! Dzisiaj dotarło do mnie, że wcale nie chcę opuszczać tej szkoły. – Łzy rozbłysły w oczach Gryfonki. – I do czego doszło?! Jeszcze marzę się jak jakaś głupia – mruknęła cicho, ocierając zdradziecką wilgoć z policzka. – Kotka wbiła mocno pazury w udo dziewczyny i miauknęła ostro. – Tak, wiem, jestem dzisiaj okropnym towarzystwem i robię się na jakąś żałosną mendę. Mam już się stąd zmywać?! O to ci chodzi?! Już północ?! Dziewczyna szybko wstała i pognała do dormitorium. * Nie dane jej było jednak daleko zajść, bo gdy tylko weszła na schody wiodące z lochów na parter... - Panno Shadowblade, co jeszcze robisz tutaj o takiej porze? – rozległ się głos dyrektora, skutecznie utrudniający jej schowanie się za jakiś posąg. Dziewczyna spłonęła rumieńcem zakłopotania i wbiła wzrok w podłogę. – Już sobie znalazłaś chłopaka? – zażartował staruszek. - Nie! – zaprotestowała gorąco. – Ja tylko... zasiedziałam się w sali eliksirów. - I co tam robiłaś do tej pory?! Znowu jakiś szlaban u profesor McNell? - O dziwo, dzisiaj nie – mruknęła Jo, znowu pozwalając sobie na mówienie zamiast myślenia. – Chciałam trochę posiedzieć nad eliksirami – dodała szybko. - I jak efekty? - Kiepskie. Chyba to nie był dzień na warzenie eliksirów. W sumie najlepiej byłoby, gdybym w ogóle nie wstała dzisiaj z łóżka. Dumbledore uśmiechnął się ciepło. - Może dropsa? – spytał, wygrzebując gdzieś spośród szat małe pudełko i podsuwając pod nos dziewczyny. - A nie szlaban?! - Jeśli nikomu nie powiesz, że mnie widziałaś, to ja nikomu nie powiem, że widziałem ciebie – powiedział cicho i mrugnął do niej porozumiewawczo. - Żartuje pan? - Nie, o ile pokażesz mi swój eliksir regeneracyjny. Dziewczyna pognała do sali i wróciła po chwili z buteleczką. Starzec wciągnął ostrożnie korek, buchnął maleńki obłok błękitno-zielonej pary i zapachniało kwiatami, słońcem i czymś jeszcze bliżej nieokreślonym. - Znałem kiedyś osobę, która umiała przyrządzić taki eliksir regeneracyjny – powiedział melancholijnie. W oczach dziewczyny na te słowa pojawiło się coś jakby tęsknota i ciekawość. - Kim są moi rodzice? – wyrwało się jej nagle. Dumbledore zawahał się na ułamek sekundy. - Państwo Shadowblade. - Ale.... - To oni cię wychowali i cię kochają. I tylko to się liczy – powiedział ciepło. – A teraz znikaj. Najwyższy czas iść spać! * Jednak to ostatnie nie było dane Jo. Gdy tylko umościła się już wygodnie w łóżku i zaczęła odpływać w jakieś przyjemne krainy, cichy płacz wyrwał ją szybko ze stanu półsnu. Przez pół godziny próbowała go zignorować. Schować się pod poduszkę. Ogólnie udać, że po prostu go nie słyszy. Jednak słyszała. I brzmiał przeraźliwie smutno i samotnie. Pewnie jak każdy płacz. W końcu się przemogła. Najciszej jak potrafiła wstała z łóżka i skierowała się do źródła dźwięku. Jakiś zdradziecki papierek na podłodze zaszeleścił pod jej stopami. Płacz gwałtownie ucichł. Nie, jak się już wywlekłam z łóżka, to nie ma tak lekko, panienko – pomyślała Jo i rozsunęła gwałtownie zasłony łóżka, w którym, jak się domyślała, leżała zabeczana osóbka. - Idź sobie – dobiegł ją stłumiony głos spod poduszki. - Oj, co to, to nie! Nie dałaś mi spać, więc musisz powiedzieć, dlaczego – podjęła Jo stanowczo i usiadła na łóżku. - Nie potrzebuję zainteresowania obłąkanej blondynki. Jo otworzyła usta ze zdumienia, po czym szybko je zamknęła. Czyżbym dorobiła się kolejnego przydomku?! - A mnie irytuje niezmiernie, jak jakiś szloch przeszkadza mi spać, więc chyba mamy problem – wyszeptała Jo w brązowe loki (jedyną rzecz dostrzegalną spod kołdry i poduszki), po czym brutalnie i po chamsku chwyciła dziewczynę za ramiona i odwróciła do siebie. Ciemność pokoju rozświetlił lśniący napis na czole dziewczynki „Szlama”. – Kto ci to zrobił? – warknęła. - A co cię to obchodzi? – odpowiedziała Mała, spoglądać hardo na blondynkę. - Skoro pytam, to znaczy, że obchodzi! Pewnie jakiś wredny Ślizgon. - No niemożliwe – zakpiła dziewczynka. - Jak ty się właściwie nazywasz? – spytała Jo, nagle uświadamiając sobie, że mimo połowy grudnia nie miała pojęcia, jak jej współlokatorki wyglądają, nie wspominając o tym, jak się nazywają. - Sara – mruknęła. - Saro, myślę, że chciałabyś się pozbyć tej ozdoby, więc idziemy! – zakomenderowała. - Nie. - Co nie? - Nie chce się jej pozbyć. - A dlaczego? - Bo... – dziewczynka urwała. - Może jestem wredna, obłąkana i co tam jeszcze o mnie mówią, ale teraz chcę ci pomóc, co nie uda mi się, jeśli nie będziesz współpracować. Kto ci to zrobił i czym groził?! Trudno powiedzieć, czy to stanowczy ton głosu Jo, czy co właściwie podziałało, ale dziewczynka, spuszczając głowę, wymamrotała. - Taki wielki, barczysty blondyn. Chyba z siódmego roku. - Marcus?! No, mogłam się domyślić. I czym ten dupek ci groził? - Że jak spróbuję usunąć ten znak, to umrę – dodała jeszcze ciszej, tak, że Jo z ledwością ją usłyszała. - I ty mu uwierzyłaś?! - Oczywiście, że nie – zaprotestowała gorąco, ale niezbyt przekonywująco Sara. - To świetnie. Idziemy do Remusa, znając Huncwotów, na pewno jeszcze nie śpią, a ty chyba nie chcesz z tym czymś pojawić się na śniadaniu, prawda?! - Dziewczyna przytaknęła głową, ale nie ruszyła się o milimetr. – Saro, może jestem w tej szkole nowa, ale już trochę wiem i, wierz mi, zaklęcie, które zabija zwie się całkiem odmiennie. - A jak? - Avada Kedavra – odpowiedziała Jo i pociągła dziewczynkę z łóżka w kierunku drzwi. - I nauczysz mnie go? - Nie! - Dlaczego? - Bo, po pierwsze, nie uważam zabijania za umiejętność konieczną do przyswojenia, a po drugie - jest to jedno z trzech zaklęć Niewybaczalnych... - Co to znaczy zaklęcia Niewybaczalne?! - Że ich użycia nie można wybaczyć i za nie trafia się wprost do Azkabanu. - A umiesz je? - Nie. - Ale jesteś wampirem! Jo na to hasło wybuchła śmiechem, na szczęście dotarły już do pokoju wspólnego i nie obudziła tym dźwiękiem nikogo. - Saro, nie powinnaś wierzyć we wszystko, co mówią ludzie. - A dlaczego ich nie umiesz?! - Bo nie uczą tego w szkole, bo nie chcę umieć i ponieważ rzucenie Avady wyrywa kawałek duszy. - Jak to wyrywa... - Na Godryka! Saro, miej litość! Ileż można zadać pytań w ciągu pięciu minut?! – jęknęła Jo. W tym momencie skrzypnął portret Grubej Damy, kryjący wejście do pokoju wspólnego, a następnie z nicości wyłonili się Black i Potter. Obie Gryfonki zamarły z wrażenia. Obaj Gryfoni zareagowali podobnie. - Jak...? – wydusiła w końcu z siebie Jo. Chłopcy spojrzeli na siebie porozumiewawczo, w końcu Syriusz wzruszył ramionami. - To ja pójdę zerknąć, co z Remusem? – mruknął James i szybko zniknął na schodach, prowadzących do męskich dormitoriów. - Jo, pamiętasz, co ja mówiłem o nie wtrącaniu się w cudze sprawy – podjął szybko Syriusz, chcąc urwać dalsze pytania dziewczyny. – Jaką macie sprawę do nas? Bo widzę, że jakąś macie. - Co jest Remusowi? - Nic takiego, chyba się trochę przeziębił – mruknął Black, podchodząc niby obojętnie do kominka, by dorzucić kłodę drewna do dogasającego ognia. - To czekaj, podskoczę do lochów i przyniosę eliksir pieprzowy – podjęła zatroskanym głosem Jo i już była prawie w połowie pokoju, gdy ręka Blacka przytrzymała ją na miejscu. - Spokojnie, Jo. Remus nie umiera i wbrew twojemu przekonaniu potrafimy się nim zająć. - Ostudził zapędy blondynki, po czym przykucnął przy Sarze. - Kto ci to wymalował na czole, panienko? – spytał, dodając do tego jeden ze swoich najbardziej olśniewających uśmiechów. Mała twarzyczka pokryła się rumieńcem barwy buraka. Dziewczynka nie wyglądała na jedenaście lat. Była malutka, drobniutka, wokół okrągłej twarzyczki fruwały brązowe loki, poza tym miała zadarty nosek i duże brązowe oczy. - Nie jestem panienką i nie lubię cię! – wykrzyknęła Sara. Syriusz uniósł brwi w zdumieniu i zerknął na Jo, ta tylko wzruszyła ramionami. - Saro? – rzuciła pytająco. - On jest okropny, zarozumiały i oblał mnie wodą! - Łapciu?! - Nie mam pojęcia, o czym ona mówi. - Nie masz pojęcia?! Zabawiałeś się z tym swoim kolegą ze sterczącymi włosami w rzucanie jakiś balonów, czy coś, z wodą i z atramentem, i jakaś farbą w pierwszaków. I jeszcze Irytka do tego zachęciliście. - Black – syknęła Jo, słysząc nowe rewelacje. - Oj, no... przecież to były tylko wygłupy. Trochę śmiechu i zabawy – zaczął się bronić. - Śmiechu?! – syknęła dziewczynka. – Ciekawe, jak tobie byłoby do śmiechu, jakbyś musiał całe zajęcia przesiedzieć w mokrym ubraniu!!! Syriusz przez chwilę wyglądał na stropionego, a dwie pary oczy próbowały go zabić wzrokiem. - Jo, ty to potrafisz dobierać sobie koleżanki – próbował zażartować, widząc zdumiewające w tej chwili podobieństwo między dwiema Gryfonkami. - Masz przeprosić Sarę – powiedziała Jo, spoglądając prosto w szare oczy chłopaka. Zawahał się. Intensywność spojrzeń dziewczyn mogłaby stopić rycerską zbroję, gdyby jakakolwiek tam stała. - Przepraszam, Saro – mruknął prawie niedosłyszalnie. Dziewczynka zmierzyła go badawczym spojrzeniem. - Nie wyglądasz, jakbyś żałował – skwitowała. Jo doszła do wniosku, że coraz bardziej lubi to małe stworzenie. Niewiele istniało dziewczyn, które potrafiły nie stracić głowy przy Blacku w ciągu pięciu minut. - Czy jak pozbawię cię tej ozdoby, to mi wybaczysz? - Może – rzuciła, stojąc z założonymi rękami i patrząc wojowniczo na jednego z najprzystojniejszych chłopców w murach uczelni. Syriusz wyciągnął swoją różdżkę z kieszeni spodni, machnął nią dość malowniczo i wymamrotał coś niezrozumiałego. Napis na czole Sary zapłonął na czerwono, po czym zniknął. - Nie ma go? – spytała z niedowierzaniem dziewczynka. - Nie ma – odparła Jo. – Idź już do dormitorium, zaraz dojdę. Sara zawahała się, widocznie ciekawa, o czym będzie toczyć się rozmowa, gdy tylko zniknie z pola widzenia tej dwójki. - Zrób, co powiedziała Jo – podjął Black. Dziewczynka posłusznie, aczkolwiek niechętnie, podreptała w rzeczonym kierunku. - Co to było? – spytała Jo, gdy tylko Mała wyszła z pokoju wspólnego. - Co, co było? - Ta peleryna. Nie udawaj głupiego, Black. - Jaka peleryna? - Ta, spod której się wyłoniliście w tym pokoju, a którą niezwykle szybko James usiłował schować w kieszeni spodni. Syriusz westchnął bardzo głęboko. Ta jej przeklęta spostrzegawczość! Po chwili rozważania, doszedł do wniosku, że jeśli jej nie powie, to ta będzie szukać i grzebać do skutku. I może natknąć się na coś więcej niż pelerynę. - Czy możesz przysiąc, że nikomu o tym nie powiesz? – spytał. Dziewczyna zawahała się. - Jak mogę przysięgać, jak nie wiem, co to jest?! - Musisz. - Niech ci będzie. – Ciekawość zawsze była największą słabością panny Shadowblade. – Przysięgam, że nikomu nie powiem o twoich rewelacjach – rzuciła patetycznym tonem. - To była peleryna niewidka. - CO? - To, co usłyszałaś. - Myślałam, że coś takiego istnieje tylko w bajkach. - Wiedźmy też istnieją tylko w bajkach, a jakoś ostatnio ciągle na nie trafiam. - Znajdzie się jedna, co nie pada ci do stóp i nie wielbi twej urody, intelektu i tak dalej, to zaraz wiedźma – odparowała Jo. - Ach... Jo, gdybym chciał, to już dawno miałbym cię u stóp – odpowiedział, mrużąc oczy i uśmiechając się uwodzicielsko. - O ja biedna, słaba i zdruzgotana... Boski Black mnie nie chce i to dlatego nie wzdycham do niego – westchnęła Jo tyleż teatralnie, co i patetycznie. Stłumione parsknięcie dobiegło ich od strony schodów do żeńskich dormitoriów i przerwało potyczki słowne. - Sara – mruknęła cicho Jo. - Przetrzepię jej skórę! – warknął Black. - Spokojnie, kowboju – powstrzymała jego zapędy. – Jak wam to się udaje, że zawsze zdążycie na śniadanie? – spytała głośno. - Peter wyciąga nas z łóżka. - To jak już was wyciągnie, wpadnij mnie obudzić – odparła ziewając. Black uniósł wysoko brwi na jej propozycję. – Idę spać. Dobranoc! - Dobranoc, Ślicznotko – rzucił, na co odpowiedziało mu miażdżące spojrzenie. * Jo wpakowała się do łóżka. Ziewnęła przeciągle. - Saro? Mówił ci ktoś, że to nieładnie podsłuchiwać? – rzuciła w kierunku łóżka Małej. Odpowiedziała jej cisza. Przypisy: 1 - należy dodać, że Severus, po głębokich zmaganiach wewnętrznych, doszedł do wniosku, że Jo nie może być szlamą. Trudno określić logikę jego rozumowania, lecz widać tylko to pozwalało mu zachować zdrowe zmysły czy szacunek dla samego siebie, czy co tam jeszcze, przebywając z przydzieloną mu Gryfonką 2- określenie zaczerpnięte z powieści dla pensjonarek, jak to niektórzy określają, czyli „Ani z Zielonego Wzgórza”. komentarze [7] Rozdział X/1 - Jeden bardzo długi dzień, część pierwsza. - niedziela, 17 czerwca 2007 17:37:49 * Była połowa grudnia i można by rzec, że pędu do zdobywania wiedzy starczyło pannie Shadowblade na dwa miesiące. I byłoby to prawdą. Jednakże tylko częściową. Jo była zmęczona. Diabelnie, permanentnie zmęczona. Po szalonym, co teraz sobie uzmysłowiła, występie jak to bardzo chce chodzić z piątym rokiem i jak nadrobi wszystkie zaległości, jej życie zaczęło się toczyć wokół nauki, nauki i jeszcze raz NAUKI. Lekcje, zajęcia z opiekunami, odrabianie zadań domowych i spanie. Choć na to ostatnie zaczęło jej coraz bardziej brakować czasu, a przesypianie czterech do pięciu godzin na dobę zdecydowanie nie wpływało korzystnie na jej samopoczucie. A jeszcze od tygodnia ten cholerny deszcz. Padał i padał, doprowadzając Jo do rozpaczy, a już z całą pewnością do zasypiania na stojąco, siedząco i w każdej innej pozycji. No bo i jak można mieć pogodny nastrój, gdy jest cały czas tak zimno, ponuro i DESZCZOWO. Nie wydaje się chyba zatem nadto dziwne, że gdy profesor McGonagall zapytała pannę Shadowblade o zadane wypracowanie na temat transmutacji materii nieożywionej w ożywioną (na przykładzie myszy domowej), dziewczyna odpowiedziała odruchowo nazbyt szczerze. - Nie mam. - Dlaczego, panno Shadowblade, nie ma panna wypracowania? - Bo mi się nie chciało. O taki szok nie udało się przyprawić McGonagall chyba jeszcze żadnemu uczniowi szacownych murów Hogwartu. Niedowierzanie, przemieniające się w oburzenie i wściekłość, odmalowało się na surowym obliczu profesorki. - Mogłaby panna powtórzyć? - Po prostu nie chciało mi się – posłusznie powtórzyła Jo, marząc tylko o zakończeniu lekcji i udaniu się w końcu na obiad. Dzisiaj znowu zaspała na śniadanie, a żołądek właśnie wygrywał jej radosną informację na ten temat. Na usprawiedliwienie należy dodać, że panna Shadowblade do czwartej nad ranem ślęczała nad wypracowaniem do McNell (byle nie dać starej Ropusze satysfakcji) i była tak bardzo nieprzytomna, że to, co powiedziała, dotarło do niej dopiero w momencie... - Panno Shadowblade, taka niesubordynacja na moich lekcjach jest absolutnie nie do pomyślenia, a bezczelność zasługuje na minus pięćdziesiąt punktów dla Gryffindoru, miesięczny szlaban i wizytę u dyrektora. Reszta może już wyjść – wyrecytowała McGonagall oburzonym głosem. Jo odnotowała rozbawienie Jamesa i Syriusza (pewnie żałują, że to nie oni wywinęli taki numer Sowie) oraz wyraźnie zmartwione spojrzenie Remusa. Co dziwne, Jo w ogóle nie czuła zmartwienia. - Od razu wiedziałam, że to całe nadrabianie i chodzenie na zajęcia z piątym rokiem, to zupełnie absurdalny pomysł i w końcu to udowodniłaś, panno Shadowblade – w głosie McGonagall dało się wyczuć pewną nutę satysfakcji i, jednak, co bardzo zaskoczyło Jo, zmartwienia. - Przepraszam – mruknęła dziewczyna, biorąc książki do ręki. Gdyby Jo była, choć odrobinę bardziej przytomna, być może dotarłoby do niej, w jak nieciekawej sytuacji się znalazła, jednak teraz zupełnie spokojnie i nader smętnie podążała za nauczycielką do gabinetu Dumbledore’a. * - Minerwo, co się stało? – spytał Albus, widocznie zaskoczony odwiedzinami. – Panno Shadowblade, proszę usiąść – dodał, wskazując miękko wyglądający fotel. Dziewczyna usiadła i postanowiła rozejrzeć się po otoczeniu, oburzony głos nauczycielki relacjonujący całe zajście brzmiał dla niej w tej chwili tylko jak natrętne brzęczenie muchy. Pokój był obszerny i jasny – wysokie, gotyckie okna wpuszczały dużo światła, w jego centrum królowało ogromne biurko, zastawione mnóstwem ksiąg i sprzętów niewiadomego pochodzenia. Tuż obok biurka stał globus na rzut oka, co najmniej kilkusetletni, na którym poza kontynentami, można było zauważyć różnokolorowe plamy bynajmniej nie odpowiadające państwom znanym Jo. Na ścianach wisiały portrety poprzednich dyrektorów Hogwartu, którzy podrzemywali lub też zgoła bezczelnie i natrętnie wpatrywali się w drobną blondynkę. Pokój posiadał także potężnych rozmiarów kominek, który przykuł wzrok panny Shadowblade tylko na kilka sekund, albowiem w niewielkiej odległości od niego stał jakiś dziwny stojak? czy co?! Rzeczony stojak składał się z poziomego złoconego patyka na słupku, tuż pod nim był talerz z dużą kupką popiołu. Jo usiłowała odgadnąć przeznaczenie przedmiotu, ale nic rozsądnego nie przychodziło jej do głowy. A już nawet przy największej dozie wyobraźni nie przypominało to popielniczki, mimo popiołu. Tajemniczy stojak szybko jednak opuścił myśli Jo, albowiem wszędzie, jak okiem sięgnąć, ciągnęły się rzędy półek wypełnionych książkami. Dziewczyna pochłaniała je głodnym wzrokiem, usiłując z miejsca, w którym siedziała, przeczytać tytuły. - Panno Shadowblade, rzeczywiście nie chciało się pannie odrobić zadania? – głos dyrektora wyrwał ją z przyjemnego stanu zazdrosnego podziwiania. Dziewczyna westchnęła tylko w ramach odpowiedzi. Niespodziewanie poczuła, że profesor przygląda się jej niezwykle badawczo. – Drogie dziecko, kiedy ostatnio spałaś? - Wczoraj? – odpowiedziała ostrożnie, zastanawiając się, o co w tym pytaniu może chodzić. - A ile godzin? - Cztery – odpowiedziała zgodnie z prawdą. - A kiedy ostatnio spałaś osiem godzin? – spytał łagodnie. Dziewczyna próbowała sobie przypomnieć i jedyne, co jej przychodziło do głowy, to pierwsze tygodnie września, zanim zaczęła nawet oddychać nauką. – Tak też myślałem – mruknął do siebie. – Co robiłaś w nocy? - Pisałam wypracowanie dla Rop... – urwała. –Profesor McNell - poprawiła się szybko. Albus rzucił znaczące spojrzenie Minerwie, a ta wydała się przez ułamek sekundy zakłopotana. - Panno Shadowblade, to proszę może nam wytłumaczyć, z czego wynikł ten dzisiejszy incydent. Dziewczyna westchnęła jeszcze raz przeciągle i jakby z rezygnacją. - Nie wyrabiam się. Myślałam, że dam sobie z wszystkim radę, ale nie daję, i nawet eliksir regeneracyjny nie pomaga – wyznała niechętnie, spuszczając wzrok i wpatrując się intensywnie w podłogę. Ten gest sprawił, że niewątpliwie umknął jej wyraz zaskoczenia w oczach kadry nauczycielskiej na słowo eliksir regeneracyjny. - Skąd panna ma eliksir regeneracyjny? – spytała nagle ostro McGonagall. Jo podniosła wzrok zaskoczona. - Jak to skąd? Zrobiłam – wyznała, nie rozumiejąc dziwnego zainteresowania jej opiekunki. - Jak to zrobiłaś?! – niedowierzanie mieszało się z oburzeniem w Minerwie na prawdopodobną myśl, że jej uczennica kłamie. - No, po prostu uwarzyłam. Oryginalna receptura, co prawda, ma głównie na celu regenerację ran i gorzej radzi sobie ze zmęczeniem, więc trochę poeksperymentowałam. Jednak i tak jak eliksir przestaje działać, to człowiek jest pięć razy bardziej zmęczony, niż był, więc na dłuższą metę nie ma to sensu – ciągnęła wywód Jo, zupełnie nieświadoma bomby, jaką rzuciła pod nogi swoim nauczycielom. - Jak wygląda eliksir? – zapytał Dumbledore. - Jest błękitno-zielony i pachnie jak letnie popołudnie – odparła, zupełnie nie rozumiejąc istoty pytania. - A co nadaje mu ten specyficzny zapach? - Kwiaty nagietka reagujące z resztą składników eliksiru – odparła coraz bardziej zaskoczona. Nagle bardzo głośne burczenie brzucha dziewczyny przerwało zaległą w gabinecie ciszę. – Przepraszam – mruknęła zawstydzona. - Panno Shadowblade, proszę iść na obiad, porozmawiamy później – powiedział dyrektor, poprawiając okulary na nosie i uśmiechając się ciepło. - Ale... – próbowała zaprotestować McGonagall. - Minerwo! Jo posłuszne i nader radośnie podreptała do drzwi. * - Minerwo! – ton przygany w głosie dyrektora powstrzymał kobietę od dalszych protestów. - Albusie, naprawdę sądzisz, że ona uwarzyła ten eliksir? - Tak. - Ale Izydora twierdzi, że ona jest beznadziejną uczennicą! - Izydora to stara żaba i nigdy by nie pochwaliła uczennicy. Zresztą panna Shadowblade na pewno nie uwarzyła tego eliksiru na zajęciach. - Albusie, jak możesz tak mówić o biednej Izydorze? - Przecież to prawda, dobrze wiesz, jaką ona ma awersję do zdolnych dziewczyn. - Minerwa parsknęła śmiechem. – Moja droga, sądzę, że traktujesz za surowo to biedne dziecko. - Ona jest wręcz przerażająco zdolna, Albusie – westchnęła Minerwa, a maska surowości na chwilę opadła, ukazując dziwnie zaniepokojoną twarz. - Chyba nie wykazuje żadnych niezdrowych zainteresowań? - Profesor Thin potrafiłby zniechęcić nawet Voldemorta do czarnej magii – prychnęła. – Już bardziej martwi mnie, że wybrałeś Severusa jako jej korepetytora z eliksirów. - Jest najlepszy w tej dziedzinie i dobrze o tym wiesz. - A co, jeśli się polubią? - Zdecydowanie powinni się polubić. - Albusie, zupełnie cię nie rozumiem. - Wszystko w swoim czasie, moja droga. Wszystko w swoim czasie. * Prawdą jest, że Jo nie chciało się odrobić zadania z transmutacji. Jakoś nie pała do tego przedmiotu szczególną sympatią, pomimo wrażenia, jakie na niej zrobiła przemiana McGonagall w kota. Transmutacja wymagała jakiegoś rodzaju precyzji, którego chyba nie posiadała. A może nie odkryła w sobie. Fakt faktem, o ile eliksiry uwielbiała, o tyle za transmutacją zdecydowanie nie przepadała. No, ale tę szczerość do McGonagall mogłaś sobie darować, idiotko – mruknęła do siebie, nabierając na talerz pierwsze, co wpadło jej w oczy. Pochłaniając zupełnie bezwiednie obiad, rozejrzała się po sali. Była zatłoczona mrowiem uczniów, a sufit skąpany w gradowych chmurach idealnie symulował pogodę na zewnątrz i współgrał z nastrojem dziewczyny. O olbrzymie okna zażarcie rozbijały się potoki deszczu, którego nawet głośne głosy hogwarckiej braci nie zdołały zagłuszyć. Panna Shadowblade ze zdumieniem odkryła, że jest połowa grudnia. Następnie, że z całej szkoły zna sześć osób, czyli Mirabel, Huncwotów i Snape’a. Oczywiście pomijając Boski Kwartet. I że tak naprawdę ta szkoła magii i coś tam jeszcze niczym nie różni się od tych zwyczajnych. Przedmioty może i inne, ale reszta taka sama. Zawsze są ci popularni, którzy przykuwają uwagę i wzbudzają zazdrosny podziw, później szara masa uczniów, a na drugim końcu skali dziwacy, outsiderzy i wszyscy ci pogardzani i prześladowani, z mniej lub bardziej ważkich powodów, tudzież dla zasady. Wspominając o tych popularnych, należy dodać, że gdy ustało działanie eliksiru na przedstawicielkach Boskiego Kwartetu, te radośnie stwierdziły, że wszystko to były wygłupy w ramach zakładu. Ich reputacja i popularność nie ucierpiała w najmniejszym stopniu, by nie rzec, że jeszcze się zwiększyła. Jo po tym doszła do wniosku, że jak się już jest gwiazdą, to co byś nie wymyślił, ludzie przełkną bez zgrzytu i poproszą o jeszcze. Po chwili rozważania dziewczyna doszła do wniosku, że raczej zalicza się do grupy dziwaków. Na dobrą sprawę była pewna jedynie, że lubią ją Mirabel i Remus. Przy czym żadnego z nich nie potrafiła nazwać przyjacielem. Owszem, byli jej bliscy, jednak jak do tej pory nie potrafiła się przełamać i podjąć próby jakiejkolwiek bardziej osobistej rozmowy. Panna Shadowblade nie znosiła się zwierzać, a zaufanie uważała za rzecz zdecydowanie przereklamowaną. Z drugiej jednak strony tęskniła za kimś, kto by ją rozumiał. Tak więc obecnie, z egzaltacją typową dla tego wieku, Jo postanowiła się poużalać nad sobą. Nad tym, jakim jest dziwakiem, jak jest przywalona nauką i jaką przerażającą idiotką bywa. Jednym słowem, panna Shadowblade łapała doła i to takiego wielkości kanionu Kolorado. Była w połowie obiadu (cokolwiek to było), gdy z rozmachem usiadła przy niej Mirabel. - Czy ty do reszty zwariowałaś?! - Hm... ? – mruknęła Jo, przełykając brukselkę?! - Tak się upierałaś przy nadrabianiu materiału, chodzeniu na zajęcia z rówieśnikami i walisz prosto z mostu Starej Sowie, że ci się nie chciało? – Jo wzruszyła ramionami. – Naprawdę chcesz, żeby cię z tej szkoły wywalili?! Wydawało mi się, że trochę ci jednak zależy... – białowłosa nie przerywała monologu. - Mirabel, proszę... - Nie, nie zamknę się!!! Ktoś musi przemówić do tej twojej zakutej pały!!! - Daj mi spokój – warknęła blondynka. - ... że też zawsze musisz najpierw gadać, a potem myśleć... - Mirabel, odwal się! – Białowłosa spojrzała na nią ze zdziwieniem, po czym bardzo szybko przyjęła obojętny wyraz twarzy - Mi... – podjęła Jo, gdy niespodziewanie zrozumiała, że zraniła Gryfonkę. I to bardzo. Mirabel zawsze udaje obojętność, gdy ktoś ją zrani – dotarło do niej. - Jak tam sobie chcesz. Ja się tylko martwię o ciebie – rzuciła niezwykle spokojnie i skierowała się w stronę swojego chłopaka. - Mi, przepraszam – westchnęła Jo, ale białowłosej już nie było. No cudnie! Po prostu cudnie! Nagle stwierdziła, że nie przełknie już ani kęsa. Szybko wstała od stołu i udała się w kierunku lochów. * Jo, jesteś beznadziejna! Jednego dnia potrafisz nieźle rzeczy spieprzyć. Dziewczyna mruczała do siebie, klucząc chłodnymi korytarzami. Swego czasu obiło się jej o uszy, że mówienie do siebie to pierwszy objaw choroby psychicznej, ale nie przejęła się zbytnio tym faktem. Panna Shadowblade była na siebie zła. A nawet wściekła. Mirabel ma rację. Zawsze najpierw mówię, później myślę. Drzwi sali, w której miała zajęcia ze Severusem, pojawiły się, na jej gust, zbyt szybko. Oparła się o ścianę i westchnęła głęboko. Gdzieś na dnie oczu dziewczyny malowało się zwątpienie, rezygnacja i smutek. I jeszcze Mi... chciała dobrze. I miała pecha naciąć się na wiedźmę Shadowblade. W szaro-niebieskich oczach rozbłysły na sekundę, skrywane gdzieś bardzo głęboko, łzy. O, co to, to nie... Snape nigdy nie może jej zobaczyć w chwili słabości. Zacisnęła mocno pieści, dając sobie chwilę na pozbieranie się, po czym otworzyła drzwi. Zgodnie z jej przewidywaniami, Severus już był w sali i mieszał jakąś podejrzaną miksturę. - Co warzysz? - Nie twój interes, Shadowblade – warknął, co mniej więcej oznaczało, jak już Jo zdołała wydedukować, coś nielegalnego. Dziewczyna podreptała do szafy i sięgnęła po małą buteleczkę z błękitno-zieloną cieczą w środku. – Toć to już uzależnienie – usłyszała sarkastyczny komentarz. Sev był dzisiaj w wyjątkowym humorze, ciekawa była, co aż tak zaostrzyło mu „dowcip”. Choć, z drugiej strony, widać nastroje im się dobrały. Zerknęła na buteleczkę, wyciągnęła korek, zachłysnęła się aromatem lata, po czym odłożyła ją z powrotem z cichym westchnięciem i sięgnęła po paczkę stojącą w głębi. Nalała wody do kociołka, gdy ta zaczęła się gotować, wsypała nieco brązowego proszku z paczki, zmniejszyła płomień. Później dorzuciła jeszcze szczyptę cynamonu, imbiru, tajemniczego składnika numer pięć1 i dolała mleka. Zupełnie odruchowo rozlała napój do dwóch kubków, ostrożnie, by fusy pozostały na dnie kociołka. Postawiła przed chłopakiem jeden kubek, a drugi wzięła do dłoni i usiadła na krześle, wyciągając nogi na stół. Przymknęła oczy i przez chwilę wdychała cudowny i jak zawsze upragniony aromat kawy. Odrobina przyjemności na podły humor. - Podobno stara Sowa mało nie padła trupem – odezwał się po chwili chłopak. Jo zawsze zdumiewało, jak tak totalnie aspołeczna osoba, jaką był Sev, mogła wiedzieć o wszystkim, co się dzieje w Hogwarcie. - Wieści jak zawsze rozchodzą się tempem błyskawicy po tej szkole – mruknęła, uchylając powieki, by spojrzeć na Ślizgona. Siedział teraz na krześle po przeciwnej stronie stołu. Jego różdżka miarowo mieszała eliksir. Z reguły wolał ręcznie mieszać, widać nie wymagało to już na tym etapie takiej precyzji, skoro uciekł się do zaklęcia. Popijał kawę i prawie widziała na jego twarzy taką samą rozkosz, jaką ona czuła z każdym łykiem. Prawie, w końcu Severus bardzo się starał niczego po sobie nie pokazywać, poza zirytowaniem. - Wyrzucą cię ze szkoły? - Nie rób sobie nadziei, Sev. - Pozwól mi jeszcze na jakieś marzenia, Shadowblade. - Nie przypuszczałam, że posiadasz jakiekolwiek. - Odkąd cię poznałem ich lista stale się powiększa. - To prawie komplement. Ta mikstura to na mnie? - Nie pochlebiaj sobie aż tak, Shadowblade. - Wiesz, Sev, złego diabeł się nie ima – rzuciła wyraźnie już rozbawiona. Po czym coś do niej dotarło. Żartuje z nią, to zdecydowanie nie jest normalne zachowanie, jak na niego. – Sev, czego chcesz? - Jednak czasami grzeszysz odrobiną inteligencji, Shadowblade. - Prawie jak gumochłon – mruknęła, wspominając jeden z jego komplementów. - Prawie. - No to gadaj, bo za chwilę będzie trzeba udać się na spotkanie z Ropuchą. - Potrzebuję mandragorę. - Zgłupiałeś?! - Masz zajęcia z tą Green czy jak jej tam? - Owszem i co to ma do rzeczy?! - Zwiniesz dyskretnie przy okazji. - Mandragorę, dyskretnie?! Sev, może jestem tu kilka tygodni i grzeszę inteligencją gumochłona, ale bez przesady. - Daję ci możliwość wykazania się. - Zbytek łaski. - Boisz się? - Aż się trzęsę – parsknęła. No tak, Shadowblade, pomimo, że była Gryfonką, nie łapała się na tanie sztuczki. Szczerze mówiąc, czasami zastanawiał się, jakim cudem znalazła się w Gryffindorze, był głęboko przekonany, że charakter ma prawdziwej żmii. Nie pozostało nic innego... - Chcesz się dowiedzieć, co knuję? – spytał, a gdy zobaczył błysk w jej oczach, od razu zrozumiał, że złapała haczyk. Tak, na jej ciekawości zawsze można zagrać. – Mandragorę, do pełni. - To za trzy dni! - Czyżbyś była jednak chętna? - Pomyślę nad tym – rzuciła tak obojętnie, że miał ochotę się roześmiać. - Shadowblade... – powiedział, otwierając drzwi na korytarz, bo czas Ropuchy się zbliżał. - Tak? - Dobra rada, nie pij tyle tego eliksiru. - Dlaczego? - Bo może się spełnić moje największe marzenie. Dziewczyna odrobinę zbladła, gdy dotarło do niej znaczenie słów chłopaka. Głupia! Totalnie głupia! Jo doskonale zdawała sobie sprawę z jednego z prawideł natury, mówiącego: co za dużo, to niezdrowo. Jednak czasami chyba o nim zapominała w odniesieniu do siebie. Większość eliksirów miała jakieś skutki uboczne i o ile stosowanie ich od czasu do czasu obywało się bez szkód dla ciała, o tyle regularnie przyjmowanie z reguły źle się kończyło. Począwszy od niegroźnego przyzwyczajenia się organizmu – w przypadku leków, wtedy po prostu nie skutkują - po, jak to jej Severus dał do zrozumienia, śmierć. - Shadowblade, skończ kontemplować ściany! Przypisy: 1 - oczywiście, gdyby zdradzić, czym był tajemniczy składnik numer pięć, przestałby on być tajemniczy, więc tego nie zrobię. komentarze [5] Rozdział IX - Zemsta - piątek, 8 czerwca 2007 18:44:07 * Łazienki... W Hogwarcie było ich całkiem sporo. W każdym dormitorium i na każdym piętrze. Były łazienki męskie i żeńskie, prefektów i nauczycieli. Była nawet jedna nawiedzona łazienka. Jednakże ta, do której weszła panna Shadowblade, była zupełnie zwyczajna. Miała umywalki, lustra, a nawet okno, i oczywiście kabiny. Jo planowała właśnie wyjść z takowej i umyć ręce, gdy niespodziewanie usłyszane słowa powstrzymały ją od podjęcia takiego działania. - ... ja zupełnie nie rozumiem, dlaczego Syriusz kręci się koło tej całej Shadowblade, przecież ona jest zupełnie brzydka! - Racja! Nos koślawy, nogi krzywe, nie wspominając o twarzy – kontynuował drugi głos. - A jaka płaska – dodała trzecia osoba. - A wiecie, co ja słyszałam? – Czwarty głos postanowił podzielić się atrakcjami na temat drobnej Gryfonki. - No co?! Gadaj, Angela! - Ona jest wampirem! - Wygłupiasz się?! - No coś ty! Słyszałam, jak groziła temu obrzydliwemu Ślizgonowi. - Marny dowód – prychnęła jedna z uczestniczek konwersacji. - Wiecie, że ona mieszka z jedenastolatkami w dormitorium?! Podobno co noc wysysa z każdej krew. - Bredzisz Angel, przecież już dawno by umarły. - Jak sobie chcecie, ale nie powiecie, że nie widziałyście, jak blada jest na twarzy i jakie ma cienie pod oczami! To na pewno o czymś świadczy. - Remus też jest blady, a jakoś go nie posądzasz o wampiryzm – skwitowała jedna z dziewczyn. - W Remusie też jest coś dziwnego – odparła. - Angel, to, że nie poleciał na ciebie, jak każdy inny, nie znaczy od razu, że jest w nim coś dziwnego. - Remus ma jakiś zwierzęcy magnetyzm – rozmarzyła się inna. - Violett, nie licz, że uda ci się zaciągnąć go do łóżka. - To, że tobie się nie udało, o niczym nie świadczy. On na pewno nie gustuje w takich rdzawowłosych czupiradłach! - CO powiedziałaś?! - Dziewczyny, spokojnie... spokojnie... Ja mam coś o wiele lepszego. Kilka dni temu Carlos widział, jak Shadowblade wychodzi nad ranem z dormitorium Huncwotów. - Nie żartuj! A to zdzira! – rozległy się dwa głosy jednocześnie. - A wcześniej widziano, jak Black szedł do jej dormitorium i wrócił z koronkowymi majteczkami! - Wiadomość ta na chwilę zatkała usta dziewczynom. - Trzeba z tym iść do McGonagall, to już przechodzi wszelkie pojęcie! - Wierzycie, że Black poszedł dobrowolnie z CZYMŚ takim do łóżka?! Ona na pewno mu coś podała. Kto by chciał takie chude straszydło?! - Żałuję, że Marcus jej czegoś nie połamał. - Marcus?! - To nie słyszałyście? - Myślałam, że to był Xavier. - Ja bym tam chciała, żeby Xavier jakoś się mną zajął. - Na Salzara! Carrie, ty i ten twój pociąg do nieodpowiednich mężczyzn. - To, że wolę prawdziwego mężczyznę od jakiegoś rozlazłego pantofla, to już nie twój problem, Crystal! - Natychmiast odwal się od Jamesa! - Wzdychasz do niego jak głupia, a on i tak wzroku nie odrywa od tej rudowłosej szlamy. - Dziewczyny, wyluzujcie... Zresztą, Nataniel jest lepszy w tych sprawach, jeśli wiecie o czym ja mówię. - Angel? Ty z nim?! - No oczywiście! Chyba nie sądzicie, że dziewictwo to coś, co trzeba trzymać do ślubu?! - Czy on nie chodzi z Green? - A czy to czemuś przeszkadza?! Naiwna biedaczka wierzy, że jest jej całkowicie wierny! Pogardliwy chichot przerwało nagłe skrzypnięcie drzwi. - Mirabel! Jak miło cię widzieć! – wykrzyknęła ze sztucznym entuzjazmem Angel. - Was też – mruknęła Gryfonka. - Niestety my już lecimy, ale fajnie byłoby pogadać, kiedyś, przy okazji – powiedziała szybko Violett. - Tak, oczywiście – mruknęła Mirabel z sarkazmem, którego cztery „psiapsiółki” zdawały się nie zauważać. Gdy tylko rozgadane towarzystwo opuściło łazienkę, Jo wychyliła się z kabiny. - Ileż człowiek się dowie o sobie w kilka minut – mruknęła. - Czym cię uraczyły te żmije? - Ot, lista zbyt długa, począwszy od wyglądu, a skończywszy na wampiryzmie. - Przejmujesz się? - Niespecjalnie – odparła Jo i zamyśliła się. – Tak w sumie, to nawet świetnie się składa. - Co masz na myśli? – Blondynka zamilkła na chwilę, a potem jakby podjęła jakąś decyzję. - Musisz mi pomóc! * Jak się okazało, Mirabel była nieoceniona. A już zwłaszcza, gdy chodziło o znalezienie odpowiedniego miejsca do uwarzenia eliksiru. Oczywistym było, że nie mogła go przyrządzać przy Snapie, który, swoją drogą, umilał jej życie, jak mógł. Na drugich korepetycjach dał jej do uwarzenia najnudniejszy z możliwych eliksirów, który wymagał tylko precyzyjnego mieszania przez dwie godziny. Jo myślała, że szlag ją trafi. Albo coś innego. Ale na pewno trafi. Odwdzięczyła się przy następnej okazji, zadając mu milion pytań i nie pozwalając tym samym skupić się na sporządzaniu własnego eliksiru. To zaowocowało nagłym i zupełnie przypadkowym potknięciem się Severusa i rozbiciem jej kolbki z eliksirem, za co i tak ona dostała kolejny! szlaban u McNell. Wszelakie drobne przejawy wzajemnej sympatii narastały z dnia na dzień i spokojnie można stwierdzić, że pomiędzy Ślizgonem i Gryfonką panowała wojna podjazdowa, którą wszyscy inni z zaciekawieniem obserwowali. Jo powoli zaczynała mieć tego dość. Jedynym sposobem, aby to ukrócić, wydawało jej się pokazać Severusowi, iż należy się z nią liczyć. Jednakże po tym, jak oberwała od Marcusa, a Sev bardzo śpieszył się z pomocą, chciała tylko się zemścić. Stąd też teraz łazienkę Jęczącej Marty owionął obłok różowej mgiełki. - A jeśli to je zabije? – spytała niespodziewanie Mirabel. - Boski Kwartet? - Uhm... – przytaknęła. Spojrzały na siebie. - Eee tam... - W każdym bądź razie to będzie dla dobra nauki – niezwykle poważnym tonem stwierdziła Mirabel. - Mi, wykaż odrobinę wiary w moje umiejętności. - Przecież wykazuję! – obruszyła się białowłosa Gryfonka. Jo powróciła do mieszania eliksiru. Pannę Shadowblade z reguły ludzie niespecjalnie interesowali, stąd też świadomość tego, jak ona interesuje co poniektórych, mocno ją zaskoczyła. Właśnie zaskoczyła. Mimo że słowa były przepojone galonami jadu, Jo w pierwszej chwili właściwie najbardziej odczuwała zaskoczenie. Nigdy nie uważała się za osobę, która przyciąga zainteresowanie i nakręca plotki. A tu takie rozczarowanie. W efekcie panna Shadowblade postanowiła zapoznać się odrobinę z Boskim Kwartetem, oczywiście na odległość i drogą obserwacji. Ich przyjaźń była tak dziwna i nieprawdopodobna, że Jo nawet widząc ich relacje, nie mogła w nią uwierzyć. No bo jak to możliwe, by przyjaźniły się Gryfonka, Ślizgonka, Krukonka i Puchonka, przy czym każda z nich była ponadprzeciętnie ładna?! Oczywiście słowo przyjaźń było określeniem nad wyraz przesadzonym, przynajmniej według definicji Jo, jednak sam fakt, że taka czwórka potrafiła przebywać ze sobą i rozmawiać był niesłychanie zdumiewający. - Chyba teraz powinnaś wrzucić mandragorę – podpowiedziała usłużnie Mirabel. - Aaa. Tak. Dzięki -– potwierdziła Jo i szybko dorzuciła rzeczony składnik. Ziemia do Jo, Ziemia do Jo. Skup się, kobieto, bo spieprzysz eliksir! - Nie ma sprawy – odparła Mirabel, skrobiąc zawzięcie po pergaminie. - Co robisz? – spytała Jo, z góry wychodząc z założenia, że usłyszy coś w stylu „rysuję cykl rozwojowy wawrzoszczeku”. - Rysuję sobie diagram emocji. - CO robisz? – Jo z wrażenia prawie utopiła różdżkę w eliksirze. - Przecież mówię, rysuję diagram emocji. - Czyich emocji? - No, swoich oczywiście! – Jo zbaraniała odrobinę. Mirabel na każdym kroku potrafiła zaskoczyć czymś hm... dziwnym. - A po co? – Podjęła temat blondynka, mimo dziwnego przekonania, że prawdopodobnie i tak nie zrozumie. - Żeby wiedzieć. - Ale co??? - No, skąd mi płyną emocje! Skończ eliksir, to ci wytłumaczę. Mirabel wróciła do skrobania, a Jo do mieszania i rozmyślania. Próbowała do zasłyszanej rozmowy i głosów, dopasować osoby, które widziała. Boski Kwartet... Wymyśliły taką nazwę z Mirabel, bo była to najbardziej pożądana czwórka dziewcząt w Hogwarcie. Violett miała brązowe, lekko falujące włosy, miodowe oczy, była Gryfonką i jak to było? Remus ma zwierzęcy magnetyzm?! Biedny Remus, gdyby wiedział. Carrie miała długie, czarne, proste włosy z gęstą grzywką i oczy w kolorze tak intensywnie niebieskim, jak tylko potrafi być niebo w pogodne dni. Jasna, nieskazitelna cera, duże, zmysłowe usta i lekko ochrypły głos robiły z niej jedną z najbardziej pożądanych dziewczyn w Hogwarcie. I tak, lubiła prawdziwych mężczyzn. Crystal. Ślizgonka. Chodząca z Marcusem blond piękność. Wredna, zimna, odpychająca. Ponadto pałała głęboką i nieodwzajemnioną miłością do Jamesa Pottera, co Jo uznała za niezwykle zabawne. And last but not least1: Angela! Siedemnastoletnia Puchonka z burzą „rdzawych” loków, niezwykle hojnie obdarzona przez naturę, która utrzymywała, że sypia przynajmniej z połową Hogwartu. Jo nie wiedziała, ile w tym było prawdy, aczkolwiek jej słowa na temat związku z Natanielem mocno ją zaniepokoiły. - Ziemia do Jo! Paruje ci! – Głośne słowa Mirabel przywróciły ją do rzeczywistości. - Dzięki, Mi. - Strasznie dziś bujasz w obłokach. - A normalnie jest niby inaczej? – spytała retorycznie Jo. - Niby fakt. - Chyba ma już dość – powiedziała Jo i zgasiła płomień pod kociołkiem. - Spróbujemy?! – zażartowała Mirabel. - Masochistka czy jak?! - Eee no, chyba nie jest tak źle. Przynajmniej według diagramu. - Właśnie! Diagram! Pokazuj. - A więc... – podjęła. Mirabel zawzięcie zaczęła rysować po kartce wykresy, diagramy kołowe, diagramy wachlarzowe, rozpisywać uczucia na pozytywne i negatywne, określać źródło pochodzenia, intensywność... wypływające z przeszłości i wpływające na teraźniejszość... Jo, delikatnie to ujmując, w którymś momencie zgłupiała i patrzyła tylko na ogień fascynacji, płonący w oczach koleżanki. Panna Shadowblade nie wierzyła w psychologię książkową. To, co prezentowała jej białowłosa Gryfonka, w większości było zrozumiałe dla Jo same z siebie. Nie potrzebowała książek, by to wiedzieć. Po prostu obserwowała ludzi i na podstawie ich zachowań wyciągała różne wnioski. Czysta „głowologia”. Nie planowała jednak przerywać Mirabel. Obserwowanie, jak dwoi się i troi, by wytłumaczyć, o co jej chodzi, było całkiem zabawne. Gdy w końcu pasja w oczach białowłosej przygasła, a eliksir wystygł na tyle, by można było go przelać do fiolek, powróciły do głównego powodu przebywania w łazience Jęczącej Marty. Odpukać w malowane, jeszcze się nie pojawiła – pomyślała Jo. - Myślisz, że uda ci się im to podać? – spytała z nutą niepewności blondynka. - Bez obaw, Jo. Boski Kwartet w życiu nie zaryzykuje utraty znajomości z geniuszem od roślinnych specyfików na urodę. Kogo by się pytały, czy kupiony eliksir to strzał w dziesiątkę, czy strata pieniędzy?! - I tak, żeby nie zauważyły? - Okaż odrobinę wiary w moje umiejętności. - Przecież okazuję! - Pamiętasz, jak zwinęłam na oczach Sprout rozmnóżkę smoczej krwi? - Pamiętam. - A więc? - Do dzieła, moja Szalona, Wspaniała i Genialna Mi! * Panna Shadowblade wędrowała właśnie rozległymi korytarzami Hogwartu w celu dopełnienia obietnicy danej pani Norris2, gdy ponownie przypadkiem została świadkiem przeuroczej rozmowy. - Zauważyłyście, że Severus jakoś ostatnio niezwykle wyprzystojniał? - zapytała znudzonym głosem Crystal. - Rzeczywiście! - potwierdziła Violett. - I jaki męski się zrobił – westchnęła Carrie. - A jak na mnie ostatnio patrzył na korytarzu... aż mnie ciarki przeszły - podjęła Angela. - Angela?! Na ciebie patrzył?! To na mnie patrzył! - oburzyła się Violett. - Spokojnie, moje drogie, jeśli Severus na kogokolwiek patrzył, to byłam to ja – odparła Carrie, odrzucając zmysłowym gestem swoje jedwabiste włosy. - Żyj dalej złudzeniami, Carrie – mruknęła Crystal. Głośne miauczenie przerwało gorącą dyskusję, przeradzającą się w rękoczyny. - Brrr... znowu to obrzydliwe kocurzysko. – Wzdrygnęła się Crystal, gdy pani Norris pojawiła się na horyzoncie. - Czemu ona idzie tak blisko mnie – pisnęła w panice Carrie. Dziewczyny spojrzały za kotką, zmierzała ona w lewe rozwidlenie korytarza, w którym stała drobna blondynka. - Jo! Jak miło cię widzieć! - wykrzyknęła z przesadnym entuzjazmem Angela. Nie wątpię – pomyślała Jo. - Czy ty przypadkiem nie masz jakichś zajęć z Severusem? - spytała natychmiastowo Violett. - Przypadkowo mam – odparła blondynka. - A nie wiesz, gdzie może teraz być? - podjęła temat Carrie. - Prawdopodobnie w sali eliksirów. - Dzięki. To my... - podjęła Violett. - ... już ci nie przeszkadzamy – dokończyła Crystal, spoglądając z pogardą na pannę Shadowblade. - Pani Norris - obiecana ryba. A teraz wybacz mi, ale ciekawość mnie zżera – wyszeptała Jo do kotki i powędrowała korytarzem za Boskim Kwartetem. - ... SPOKÓJ! Chyba nie pozwolimy, by jeden facet popsuł naszą przyjaźń. – Dobiegł Jo głos Angeli. - To co niby proponujesz? - Zakład. To chyba oczywiste. Pierwsza, która uwiedzie Severusa, będzie miała go dla siebie. - Niegłupio brzmi. - To jak, dziewczęta? - Stoi! Może być. I tak będzie mój – - odpowiedziały jej trzy głosy równocześnie. - Ile sobie dajemy? - Tydzień – rozległ się ochrypły głos Carrie. – Tydzień na usidlenie Nietoperza Hogwartu. Coraz ciekawiej się robi – pomyślała Jo, chichocząc w duchu. Pani Norris, która nagle pojawiła się obok jej nóg, cichym miauknięciem, zdaje się, że potwierdziła opinię Jo. Równocześnie przez umysł Jo przebiegło wspomnienie Mirabel, robiącej się na prawdziwą idiotkę, którą interesują tylko cichy, kosmetyki i faceci. Boski Kwartet był tak zajęty paplaniem, że nawet gdyby Mi ostentacyjnie wlała im eliksir do soku dyniowego, to i tak by nie zauważyły. Z drugiej strony, z pewną dozą zazdrości panna Shadowblade stwierdziła, że jej białowłosa przyjaciółka potrafi się odnaleźć w każdej sytuacji i zgrabnie pokazywać otoczeniu tylko to, co chciała, by inni zobaczyli. * Panna Shadowblade siedziała w sali eliksirów i otoczona mnóstwem notatek warzyła eliksir. A dokładniej to nawet dwa. Jeden dla McNell na zaliczenie, a drugi już dla własnej przyjemności. Wyczytała ostatnio, że istnieje coś takiego, jak współczynnik podziału Eoloy'a3 i koniecznie chciała teorię wprowadzić w praktykę, co nie było, jak się okazuje, dziecinnie proste. Do eksperymentów wybrała sobie jeden z prostszych eliksirów, mianowicie rozweselający. Nie sposób zliczyć, ile już kociołków wylała ani ile pergaminów pokrytych wyliczeniami było teraz pokreślonych lub w skrajnych wypadkach pomiętych i rzuconych w kąt. Efekt działań ciągle nie satysfakcjonował panny Shadowblade. Co jednak dziwne, uśmiech zadowolenia nie schodził z jej ust, jednakże był on wywołany skutkami działania zgoła innego eliksiru niż rozweselający. Tak, panna Shadowblade była z siebie niezwykle dumna. A zaledwie jedna osoba była świadoma, z czego Gryfonka jest dumna. A także rozumiała szereg dziwacznych zdarzeń, jakie nastąpiły w tym tygodniu w murach uczelni. Widziano Violett Travioli mdlejącą prosto w objęcia Severusa Snape, który ten fakt całkowicie zignorował, pozwalając dziewczynie malowniczo paść na podłogę. Po czym przekroczył tylko omdlałe ciało i ruszył przed siebie. Słyszano, że Angela Dark wkręciła się do niego na korepetycje z eliksirów, gdzie Ślizgon mało nie złamał jej ręki, gdy dziewczyna zaczęła dotykać jego uda. Carrie Smith zaskoczyła wszystkich i na głównym korytarzu Hogwartu pocałowała namiętnie Naczelnego Nietoperza Hogwartu. Chłopak nie zdążył zareagować. Przynajmniej nie od razu, bo już na drugi dzień prześliczna Carrie kryła pod woalką olbrzymiej wielkości pryszcze. Jednak niewątpliwie nikt się nie spodziewał, że Crystal Clarks wskoczy mu do łóżka. Nie na długo oczywiście. Nie sposób opisać, w jaką furię wpadł chłopak, gdy odkrył jej obecność we własnym łóżku. Chodziły tylko słuchy, że Ślizgonka uciekała ścigana feerią zaklęć i równie malowniczymi przekleństwami. Jednak żadne z tych wydarzeń nie zdawało się studzić zapału Boskiego Kwartetu do usidlenia czarnowłosego Ślizgona, którym jeszcze tydzień temu pogardzały. Sytuacja ta wzbudzała mnóstwo różnych odczuć u obserwatorów, począwszy od pełnego politowania śmiechu, po zastanawianie się, co w tym chudym chłopaku jest takiego wyjątkowego, że największe hogwarckie piękności się za nim uganiają. Niewątpliwie osobą najbardziej zdezorientowaną był Syriusz Black, który nie mógł pojąć, jak to się mogło stać, że „jego stadko” zainteresowało się takim zerem, jak Smark. Jo z przyjemnością odnotowała, że tym razem to nie ona jest obiektem plotek. A obserwacja reakcji Severusa na dziewczęce umizgi sprawiała jej niewysłowioną przyjemność. Powoli, acz nieubłaganie chłopak zaczynał ulegać przewadze liczebnej Boskiego Kwartetu i wpadać w panikę, jak tylko jakąkolwiek jego przedstawicielkę zauważył na horyzoncie. Tak, zemsta jest słodka. Błogie rozmyślania panny Shadowblade przerwał głośny trzask otwieranych drzwi, a jeszcze większy zamykanych. Severus z niezwykłą, jak na niego, gwałtownością wpadł do sali, usiadł przy jednym ze stołów i wziął się za rozwiązywanie jakiegoś zadania. Dziewczyna uniosła wysoko brwi na ten widok i z uśmiechem jeszcze większego zadowolenia powróciła do warzenia kolejnej wersji eliksiru rozweselającego. * Severus Snape siedział z panną Shadowblade w lochach i odrabiał zadanie z transmutacji, zerkając co jakiś czas na dziewczynę, warzącą eliksir. Tak naprawdę odrabianie zadania zajmowało ostatnie miejsce na liście jego priorytetów. Severus był wściekły i jak gejzer groził wybuchem w najbliższym czasie. Efektem wzburzenia Ślizgona było zachowanie kilku hogwarckich piękności. Od jakiegoś tygodnia część płci pięknej zaczynała go postrzegać jako drugiego Blacka, wzdychać, wpadać na niego przypadkiem i posyłać mu gorące spojrzenia. Zaczął, O Salzarze!, nawet znajdować pachnące, różowe liściki. Gdzie nie przeszedł, słyszał westchnienia i szepty, a każdy jego krok był śledzony przez kilka rozanielonych spojrzeń. A potem było już tylko gorzej. Najpierw jakaś jedna idiotka zemdlała przed nim, tak że mało się nie potknął, druga próbowała pomacać go po udach, a trzecia zafundowała gorący pocałunek na oczach całej uczelni. Jednak to było nic w porównaniu ze znalezieniem dziewczyny Marcusa w skąpym odzieniu we własnym łóżku. Severus był realistą, w starciu z Markusem praktycznie nikt nie miał szans, począwszy od jego siły fizycznej, a kończąc na koneksjach rodzinnych. Jednak nawet wyrzucenie w powodzi zaklęć Crystal nie zmieniło jego sytuacji. Gorzej, miał nawet wrażenie, że posyłają mu jeszcze bardziej roznamiętnione spojrzenia. Doszło do tego, że słysząc „cześć, Severusie” wypowiedziane głosem miękkim i zmysłowym w zamierzeniu dziewczyn, a słodkim i piskliwym w odczuciu chłopaka, miał szczerą ochotę uciekać, gdzie pieprz rośnie. Nic więc dziwnego, że Ślizgon miał olbrzymią ochotę kogoś zabić, a przynajmniej coś rozwalić. Pełnym furii wzrokiem zerknął na swoją podopieczną. Dziewczyna mieszała, coś kroiła i pracowała na dwa kociołki, czego nie zauważył wcześniej, zbyt pochłonięty próbą zapanowania nad emocjami. Po chwili bacznej obserwacji nie uszedł jego uwadze niezwykle zadowolony uśmiech Gryfonki. Nie był to jej standardowy uśmiech „lubię eliksiry, życie jest piękne”, ten dziwnie kojarzył mu się z kotem, który właśnie złapał swoją pierwszą mysz i był z siebie niezmiernie dumny. Severus, podobnie jak Jo, miał manie analizowania wszystkiego i wyciągania wniosków. Wniosek pierwszy - zachowanie dziewczyn na jego widok zdecydowanie nie było normalne. Wniosek drugi - ktoś musiał maczać w tym palce. Wniosek trzeci obejmował eliminację po kolei wszystkich chętnych do uprzykrzenia mu życia, aż... - Shadowblade... – Jedwabiście chłodny i złowieszczy głos oderwał ją od gniecenia owoców nieznajdki4. - Tak, Severusie? – spytała, unosząc wzrok i uśmiechając się do niego promiennie. Zbyt promiennie. - Moja droga, czy możesz mi wytłumaczyć dziwne zachowanie dziewczyn na mój widok? – Groźba słyszalna w głosie powinna ją zmrozić, jednak panna Shadowblade nigdy nie reagowała standardowo. - A co się stało? – podjęła zatroskanym głosem. - Jakieś stadko słodkich idiotek zapałało do mnie dziwnie niewytłumaczalnym afektem. - Ależ Severusie, jesteś młodym, inteligentnym mężczyzną, dlaczego dziewczyny miałyby się tobą nie interesować?! – Słodycz w głosie Jo mogła zabijać. - Zresztą, to chyba jest dla ciebie przyjemne. - Przyjemne – wycedził z obrzydzeniem. – Jest to tak przyjemne, jak krojenie żywej żaby... – I w tym momencie wszystkie klocki układanki wpadły na swoje miejsca. - Och... nawet nie porównuj – mruknęła, wsypując ostatni składnik do eliksiru. - Shadowblade, nie powinnaś ze mną zadzierać – warknął, zbliżając się do niej z mordem w oczach. W tym momencie znad kociołka buchnął spory obłok białej pary. Chwilę później Gryfonka i Ślizgon chichotali jak opętani. Dziewczyna ze zdumieniem odkryła, że śmiech chłopaka jest przyjemnym dla ucha dźwiękiem. - Fajnie wyglądasz, jak się śmiejesz – wyrwało jej się, gdy działanie eliksiru zaczęło słabnąć i była już w stanie złapać oddech. Chłopak spojrzał na nią podejrzliwie i warknął. - Nie wysilaj się i tak ci to nie pomoże. – Do dziewczyny dotarło, że potraktował jej słowa, jak kolejną drwinę. - Byłam szczera, panie „wszyscy mnie nienawidzą” - zaprotestowała oburzona i zła na siebie za gadanie od rzeczy. - Ależ oczywiście, Gryfoni i ta ich szczerość, uczciwość i prostolinijność. Tak, Severus, drugie imię Sarkazm - mruknęła do siebie. - Chyba nie liczyłeś, że ci odpuszczę krojenie żaby?! - Chyba nie liczysz, że odpuszczę ci nasłanie na mnie zgrai pustogłowych lalek?! - Rozejm? – spytała, wyciągając dłoń. Spojrzał na nią, jakby była niespełna rozumu. – Chyba zależy ci, żebym przestała podawać twoim wielbicielkom eliksir miłości? – szepnęła słodko i zatrzepotała rzęsami, spoglądając na niego zalotnie. Wzdrygnął się z obrzydzeniem. - Nie bardziej, niż podaniu ci jakieś wolno działającej trucizny. - Tyle, że to drugie zalicza się pod nieziszczalne marzenia. - Sądzisz, że ktoś by się przejął twoim nagłym zejściem ze świata?! - Po ostatnim miesiącu... – mruknęła i spojrzała na niego z politowaniem. - Sev, przecież wiesz, że możemy tę wojnę prowadzić w nieskończoność, ale czy nie lepiej dać sobie spokój i zająć się tym, co każde z nas lubi najbardziej – dodała szybko. - Ciekawe, cóż to jest ?! – wycedził. - Warzenie eliksirów oczywiście. - Przy tobie, Shadowblade, priorytety szybko ulegają zmianie – warknął. - Sev, popatrz na to z drugiej strony. Mimowolnie udało ci się dopiec Blackowi, gdy jego stadko zaczęło biegać za tobą. - Widać chłopak o tym nie pomyślał, bo nagle przez jego twarz przemknął wredny uśmiech. - I jak, rozejm?! Każdy zajmuje się sobą i nie wchodzimy sobie w drogę. Koniec drobnych „uprzejmości”? - Niech ci będzie – warknął po chwili namysłu i niechętnie uścisnął ciągle wystawioną dłoń dziewczyny. - Ale nie wyobrażaj sobie nie wiadomo czego. Nawet na torturach nie przyznałby się, że odrobinę mu zaimponowała, co oczywiście nie zmniejszało jego chęci pozbawienia życia tej cholernej wiedźmy w jakiś wyjątkowo bolesny sposób. - Sev, prędzej słońce zamarznie, niż ty zrobisz się miły – odparła z uśmiechem. - Zdumiewasz przenikliwością – zadrwił. - To raczej kwestia obserwacji. Kiedyś się z nią policzy... wszystko w swoim czasie... Przypisy 1 - autorka nic na to nie poradzi, ale strasznie się jej to sformułowanie podoba. Dla niezorientowanych anglojęzycznie: ostatni co do kolejności, ale nie co do znaczenia; ostatni, lecz nie najmniej ważny. 2 - czyli dożywotniego dokarmiania rybą. 3 - za „Tajemnice eliksirów” T.H. Johnson - Współczynnik podziału Eoloy'a dla danej substancji jest to iloraz stężenia tej substancji w dwóch fazach niemieszających się ze sobą, ustalony w stanie równowagi, w temperaturze pokojowej. Zgodnie z tym, co Jo wyczytała, znajomość tego współczynnika pozwalała ocenić szkodliwość substancji w zależności od drogi, jaką się ją poda, np. czy się ją wypije, czy będzie wdychać, wcierać itp. Zagadnienie tak bardzo zaciekawiło pannę Shadowblade, że postanowiła spróbować, czy modyfikując niektóre składniki eliksiru da się uzyskać taki, którego pary przy wdychaniu będą dawały podobny efekt, jak wypicie eliksiru. 4- owoce nieznajdki są wykorzystywane do eliksiru rozweselającego ze względu na zawartość substancji o podobnym działaniu jak kannabinole w liściach marihuany. Jednakże w przeciwieństwie do nich nie powodują zaburzenia percepcji i senności, a jedynie odprężenie i blisko euforyczną radość, objawiającą się tzw. głupawką, czyli niekontrolowanymi wybuchami śmiechu. komentarze [20]
|
Panna Shadowblade zauroczyła? Tak bardzo, że chcesz to wyrazić słowami? O bohaterach i opowieści słów kilka Motyw Jo The Corrs - Toss The Feathers Kochać! Żona dla Śmierciojada MoFire Szalona Zmierzch Oczarowana Po Omacku Imię, Krew, Przysięga Industrial Diseases Uśmiechnij sie, Minny Czytuję Astal Lilyann-e by Dila Mrau i jej Veneficium N i e d o r z e c z n a Story of Lily and James by Yoanna Anne w Hogwarcie Kochamy Snape'a Błękit i Heban Obiecujące Wrzos Love trap Dotyk Anioła Przyszłość jest w twoich rękach Stara miłość nie rdzewieje Ostatnia nuta - czyli Marco one more time Postanowiła pochwalić się światu i zapytać, co świat sądzi: Ocena Zabija Powoli Hell opinions Oceniam sztukę Tester blogowych opowiadań Vis Maior Teoretycznie obiektywnie Nocnik Sarkastyczne wredoty Oceny z rozmachem Egoistycznie i moralizatorsko Igach - oceny opowiadań Świat odpowiedział: Oceny fanfiction - Wielki Mag (46,5/70) Liga Ochrony Psychiki - Papier gazetowy Oceny Mistrza Podziemi - Mimik (63/80) Fanfiction marks - Zadawalający (59/72) Dzwoń po ocenę! - 5+ Oceny przy kawie - 5+ Sklepik z dodatkami - no całkiem Ostre oceny - Miodek (64/80) Poczochrane oceny - całkiem, całkiem Purchawkowe oceny - 48/65 In my opinion - Grosza warte 2007 maj czerwiec lipiec sierpień wrzesień październik Było MyLog.pl |
| Szalon wykonany własnoręcznie, rysunek do rozdziału IV |